wpis zawiera lokowanie produktu: „kto się zgadza z Wodzem…

przez , 20.paź.2017, w Na każdy temat

…może opuścić ręce i odejść od ściany!”

„Drogi Przywódca” – Jang Jin-Sung.

„Są trzy wiersze, których każdy obywatel Korei Północnej musi się nauczyć na pamięć. To Dla mojej jedynej Ojczyzny Ri Su Boka, Matka Kim Chula i Moja Ojczyzna Kim Sang O. W Dla mojej jedynej Ojczyzny poeta oświadcza, że choć ma tylko jedno życie, poświęci je swojej ojczyźnie, która jest tylko jedna. Matka to opis matczynej miłości Partii Pracy, głębszej niż miłość odczuwana przez jakąkolwiek ludzką matkę, niezdolną wychować dziecko jako jednostkę oderwaną od państwa. Tu matczyna miłość sama w sobie jest niewystarczająca, znacznie ustępuje miłości partii. Moja Ojczyzna opisuje Wielkiego Wodza jako prawdziwą ojczyznę poety. Kraj zostaje tu wchłonięty przez tożsamość jego przywódcy.”

 

„Praca w Biurze 101 nigdy nie ograniczała się do jednego gatunku ani medium. W grę wchodziły przemówienia, film, muzyka, oraz inne formy kulturalnego wyrazu – zawsze podpisane nazwiskami obywateli Korei Południowej albo obcokrajowców – mogące posłużyć penetracji i wpłynięciu na wartości wyznawane przez Koreańczyków.
Na przykład w kwietniu 1988 roku, cztery miesiące przed rozpoczęciem przeze mnie pracy w DZF, Sekcja 1 (gazety) Biura 101 wyprodukowała artykuł, który doczekał się pochwały Kim Dzong Ila. Tekst, podpisany przybranym nazwiskiem człowieka z zewnątrz, ogłaszał, że nasz Wielki Przywódca Kim Il Song jest Słońcem Świata. Potwierdziło to zatonięcie Titanica. Dzień, w którym RMS Titanic zatonął, piętnastego kwietnia 1912 roku, to także data urodzin Kim Il Songa. Posługując się tym zbiegiem okoliczności jako dowodem historycznym, Sekcja 1 dowodziła że „kiedy słońce zaszło na zachodzie, to wzeszło na wschodzie”. Tego typu twórczość Departamentu Zjednoczonego Frontu publikowano w partyjnej gazecie „Rodong Sinmun” albo transmitowano w telewizji – która emituje wyłącznie państwowe kanały – jako dzieła zagranicznych autorów, dziennikarzy i intelektualistów. Obywatelom Korei Północnej nigdy nie przyszłoby do głowy, że wszystkie te rzekomo zagraniczne dzieła powstały w Biurze 101 w samym sercu ich stolicy, Pjongjangu. Nic dziwnego, że odcięci od świata wierzyli, że reszta globu, w tym Korea Południowa, podziwiała silne przywództwo oraz liczne osiągnięcia ich państwa.”

-Przyjechaliśmy tu aż z Pjongjangu. Tuż za rzeką, o tam, są Chiny. Wprost przed nami. Tylko jak się tam dostaniemy?
Jak słusznie zauważył, niewiele dzieliło nas od Chin, a obie strony granicy wyglądały podobnie. Na naszej stronie leżał śnieg, na ich również, tylko że ich góry były porośnięte drzewami przypominającymi kulki bawełny, a nasze były nagie. Latem nasze wzgórza na pewno stawały się piekielnie czerwone, ich zaś zieleniły się od liści. Widziałem w tym potwierdzenie, że mamy powód, by przedostać się przez rzekę.
-Chodźmy teraz! – sam byłem zaskoczony swoimi słowami. Aż do tej chwili koncentrowałem się na ucieczce pod osłoną nocy. -Teraz jest dobra pora. Żołnierze pilnują granicy nocą, ale w biały dzień to my zobaczymy ich szybciej, niż oni nas. Chodźmy!
Zupełnie jakbyśmy to zaplanowali, ja rozejrzałem się po stronie północnokoreańskiej, a Young Min po chińskiej.
-Nikogo nie ma – stwierdził. -Wstajemy?
-Teraz?
-Tak! Teraz!
(…)
Chwyciliśmy się za ręce, żeby wzajemnie poczuć swoje ciepło. Razem stanęliśmy nad tą przepaścią i razem w nią skoczymy.
Odliczaliśmy chórem:
-Raz…
-Dwa…
-Trzy!
Zerwaliśmy się i puściliśmy biegiem przez Tumen. Z każdym krokiem serce waliło mi w piersi, lód huczał nam pod stopami. Przebiegliśmy dziesięć metrów, dwadzieścia? Ktoś zaczął krzyczeć:
-Ej! Łapać sukinsynów!
Odwróciłem się w stronę tego dźwięku. Grupa żołnierzy mierzyła do nas z karabinów. Zobaczyłem lufę, usłyszałem zgrzyt odciąganego zamka…”

 

Jeśli tak wziąć globus w swoje ręce i spojrzeć nań, od razu rzuca się w oczy największe, najbardziej rozwinięte państwo na świecie. Kraina ociekająca bogactwem, gdzie ład i porządek wyniesiony z długowiecznej tradycji jest poniekąd wizytówką i przykładem dla innych, a ludzie, szczęśliwi, dobrze zarabiający, którym słowo „ubóstwo” jest zupełnie obce, życzliwie otwierają swoje serca i niosą pomoc innym, którzy jej potrzebują.
Tak. Tak wygląda Korea Północna, która sama o sobie tak myśli.
Reszta świata albo doskonale wie, albo coś jej się obiło o uszy, że w Korei Północnej skrajny totalitaryzm, śmierć z byle powodu, skrajna nędza, bród, smród i ubóstwo, są na porządku dziennym. Choć Pjongjang na zdjęciach wygląda ładnie.
Co nam się kojarzy z Koreą Północną? Nie wypowiem się za wszystkich, wypowiem się za siebie: po pierwsze – ciemna plama na zdjęciach satelitarnych nocą. Bo mamy XXI wiek, a w Korei nie ma prądu. Oświetlony jest tylko Pjongjang, na dodatek nie cały, w elektrownia nie daje rady. Po drugie: niekończący się marsz Koreańskiej armii. W każdym materiale w tv widać, jak tabun żołnierzy maszeruje żywo, równo, prosto, dostojnie. I idą i idą i idą, wiadomości się kończą, a oni idą i idą i idą. Mam wrażenie, że oni tam idą cały czas. Maszerują non stop. Bo kto nie maszeruje, albo maszeruje krzywo, albo nierówno, albo cokolwiek, ginie. Po trzecie: pucułowaty przywódca, Kim Dzong Un. Pyszny taki. Choć dla mieszkańców Korei – ucieleśnienie Boga! Ideał. Największy, najlepszy, najwspanialszy. „Uśmiechnięte Słońce”, „Wielki Wódz”, „Generał”, który z nieba zstąpił, od którego daty narodzin liczy się czas w Korei, który jest tak wspaniały, że nie musi się wypróżniać, w ogóle nie korzysta z toalety! Bo nie ma potrzeby.
Tak mi się kojarzy Korea Północna.
I powiem Ci tak: przeczytałem tą książkę, doszedłem do wniosku, że nie do końca tak jest.
Jest jeszcze gorzej.
To nie ludzie są głupi, że wierzą w te bzdury. Oni wierzą, bo kto nie wierzy, ginie. Traktowany jest jak wywrotowiec. To „jedyny słuszny przywódca” decyduje, jak ma wyglądać twój każdy dzień, począwszy od koloru pościeli, skończywszy na wyliczonej ilości ziarenek ryżu na kolację. Jeśli kolor pościeli masz inny – nieważnie z jakiego powodu- albo pomyliłeś się w liczeniu ziarenek – giniesz. Ty, Twoja rodzina, rodzice, czasem też znajomi, jeśli przeszkodzili Ci w liczeniu…
Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, albo że to niepoważne, polecam przeczytać książkę. Zwłaszcza fragment, jak Biuro 101 pisało biografię przywódcy. Począwszy od 15 sierpnia 1912 roku, do dziś, opisany dzień po dniu. Dzień po dniu…
Chętnie bym przeczytał, zastanawia mnie, co można napisać o Drogim Przywódcy, co robił drugiego, trzeciego i – powiedzmy – przez kolejne 3 miesiące dzień po dniu po narodzinach…

Książka traktuje o pewnym człowieku, który jako jeden z nielicznych spotkał się oko w oko z Wielkim Przywódcą, a który w wyniku głupiej wpadki musiał uciekać z kraju. Przekroczenie Koreańskiej granicy to nie jest prosta sprawa, ponieważ podróż po państwie bez specjalnego zezwolenia jest karana śmiercią, a i samo przekroczenie granicy też kończy się śmiercią, a na dodatek – zakładając, że już się to komuś uda – poza granicą kraju też nie jest bezpieczny. A jak już raz uciekłeś, to Ty sam nie masz powrotu, a Twoja rodzina nie ma życia… Dosłownie.

Książkę polecam. Zdecydowanie.

Zostaw komentarz więcej...

flight’s memory

przez , 13.paź.2017, w O hobby na blogu

Wspomnienia.

Fajna rzecz. Uruchamiają się w najmniej spodziewanym momencie, miło łechtając obie półkule mózgu…

Pod koniec tygodnia, podczas pakowania auta w trasę, kolega zagadnął odnośnie lecącej w zasięgu wzroku przelotówki. Kolega nie interesuje się lotnictwem. Chciał po prostu wiedzieć, gdzie znajduje się samolot, który widać. W udzieleniu odpowiedzi przyszedł mi z pomocą telefon, z aplikacją „Flightradar24″. Aplikacja wzbudziła zainteresowanie u kolegi, kolega sprawdził ją w domu. Spotkaliśmy się na rampie po południu, podczas rozładunku. Temat przelotówek wrócił.
Pomijając szczegóły rozmowy, a przechodząc od razu do meritum, kolega był zaskoczony, że gdy zobaczył samolot i sprawdził, co leci, okazało się, że widzi Koreańskiego Boeinga w locie z Seulu do Wiednia.

I wspomnienia wróciły…
Pamiętam, jak zaskoczony byłem, że samoloty, które latają po moim kawałku nieba, to nie są tylko nasze Polskie, LOTowskie maszyny. Do dzisiaj, jak sobie pomyślę, zastanawiam się, skąd w ogóle w człowieku było takie przeświadczenie jakieś głupie, że jak człowiek mieszka w Polsce, to widzi wokół tylko Polskie samoloty. Przecież to zaprzecza w ogóle idei połączeń lotniczych, samolotem podróżuje się zwykle z kraju do kraju, a nie w jego obrębie. Choć faktycznie wtedy, przy moich początkach, ruch „obcych” przewoźników był niewielki, zdecydowanie mniejszy niż ma to miejsce dzisiaj, więc znakomita większość widzianych samolotów należała (pewnie) do rodzimego przewoźnika.
Niemniej jednak pamiętam moment, kiedy nad moją głową zobaczyłem Boeinga 747 Japan Airlines. Charakterystyczny czerwony ogon. Wiedziałem, że czerwony ogon mają boeingi JALu, ale gdy zobaczyłem czerwony ogon nad głową… Zgłupiałem. „Japan Airlines?! Tutaj?! Niee… Coś jeszcze musi mieć czerwony ogon, japoński by tu nie zabłądził…”. Nic bardziej mylnego, JAL latał nade mną regularnie do Rzymu i Mediolanu, trzy razy w tygodniu, czy nawet cztery… dawno to było, nie pamiętam już… Ale do takiej wiedzy dochodziłem długo… Tak czy inaczej, wracając jeszcze na chwilę do „zaskoczenia”, ten czerwony ogon „zbłądzonego Japończyka” spowodował, że myślenie moje na temat tego, co mógłbym widzieć, co mógłbym zobaczyć, co mogłoby mi przelatywać nad głową bardzo się zmieniło. No bo tak: to co widziałem, to nie był samolot LOTu. LOT nie miał wówczas Boeingów 747. Jeśli to w takim razie JAL, to nad moim podwórkiem biegnie droga lotnicza tak niewiarygodnie międzynarodowa, że strach pomyśleć, co ja tu jeszcze mogę zobaczyć… A jeśli to nie był ani LOT, ani JAL, to co to było, skąd leciało i dlaczego tędy… Milion zagadek… coś pięknego…

Pamiętam, że był taki okres, że co chwilę coś mnie w lotnictwie zaskakiwało…
A to zielony Boeing 747 Jade Cargo, a to -trochę pózniej, jeśli chcieć ulokować to na osi czasu – A380 Malaysia, który – jestem o tym przekonany – wiedział, że stoję i na niego czekam, więc lecąc znad Ukrainy w kierunku Lublina, nad Lublinem odbił w kierunku Kielc, by nad Jędrzejowem odbić w kierunku Łodzi, czy na przykład Mrija (aaachhhhh…), zupełnie niespodziewanie… Nad głową… Patrzę przez lornetkę i nie wierzę… 6 silników…

A dziś…?
A dziś jest dziś. Samoloty, ogółem lotnictwo, a przynajmniej ta część, w której ja „siedzę” nadal zaskakuje, choć… jest to zupełnie inna forma zaskoczenia. Dziś zaskakuje „powtórka z rozrywki”, która wywołuje „lawinę wspomnień”. Na przykład:mniej wiecej miesiąc temu, A320 Red Wings. Pyk i jest lawina: Red Wings – stare dobre czasy, trochę nade mną polatał, potem na dłuugo dłuuugo przestał. Przestał, bo popadł w tarapaty po rozbiciu się w Moskwie podczas lądowania. Samolot który się rozbił widziałem na własne oczy, w jego ostatnim rejsie. Pamiętam ten widok. Pamiętam jaka była pogoda, skąd go widziałem… Pamietam, że dwie godziny po tym, jak go widziałem, dowiedziałem się, że sie rozbił, że załoga zginęła… Dziś znów widzę Red Wings, wrócili, latają…

Albo: wieczór, letni wieczór. Parno. Pomarańczowe niebo. Słońce zaszło…
Pomarańczowe niebo… Pyk: Lat temu jakieś 4-5-6-7… Stała miejscówka na górce, lornetka, notes, długopis, potem też aparat. Jeśli lato, to okolice godziny 3:30-4:00, kiedy słońce jeszcze poniżej linii horyzontu. Kierunek wschód, bo tam zaczynał się nalot. 3:40 – KLM, potem koło 4:00 A380 Thai, a potem to juz na „hura” wszystko z dalekiego wschodu i okolic Azji, do Londynu, Amsterdamu, Brukseli… KLM, British Airways, Jet Airways, Global Supply Systems… Co by nie leciało, hitem były smugi. Pomarańczowe warkoczyki, cieńsze, dłuższe, chudsze, grubsze… Pomarańczowe, soczyście pomarańczowe, widoczne jeszcze nad terenem Ukrainy, jakieś 60-70 km przed granicą z Polską… A Jeśli zima, to godzina 14:30-16:00, kierunek południowy zachód. To tam, „zza górki” wylatywały „grubaski” – Boeingi 747 Lufthansy, A380 Singapore, czy „triple seven” Vietnam Airlines… Oświetlone zachodzącym słońcem… Zachód, zimne powietrze, niepowtarzalna nigdy w lecie przejrzystość, do tego widok którego doświadczyłem kilkukrotnie – dwa Boeingi 747 Lufthansy na raz, jeden pod drugim, ze smugami na 30 km… Ileż razy ja żałowałem, że nie miałem wtedy aparatu…

Smugi… To można na osobny temat w ogóle kiedyś…

Dzis, kiedy aparat mam, nie ma już takich widoków…
Dziś, tu i teraz, choć forma wspomnień i zaskoczeń uległa zmianie, cieszy mnie fakt, że samoloty to w tej kwestii taka studnia bez dna. Mija 16 lat, jak zaczałęm gapić się w niebo. Nie znudziło mnie to, za każdym razem kiedy zadzieram łeb, żeby zobaczyć po raz 1969 A320 Aerofłotu, patrzę, jakbym go widział pierwszy raz, bo nigdy nie wiem, czy tym razem Aerofłot nie zaskoczy mnie czymś, czego nigdy w zyciu jeszcze nie widziałem. Albo przypomni coś, co mnie zaskoczyło kiedy na niego patrzyłem, czekałem, obserwowałem jakieś 5, albo 10, albo 12 lat temu…
Dziś, tu i teraz, choć forma wspomnień i zaskoczeń uległa zmianie tak samo jak sposób, czas i miejsce, w których obserwuję, na twardym dysku głowy utrwalają się kolejne sytuacje, kolejne widoki, które dziś zaskakują, a za kolejnych 10-15 lat będą na porządku dziennym, tak jak dziś na porządku dziennym są sytuacje sprzed lat…

Przynajmniej będzie o czym pisać… ;)

1 komentarz więcej...

Zza bocznej szyby /1/

przez , 24.wrz.2017, w Na każdy temat

Dzień dobry Państwom.
Postanowiłem sobie, że raz na jakiś czas, powiedzmy – średnio – raz na miesiąc, góra dwa, w porywach siedem, pojawi się tu wpis przedstawiający rzeczy dziwne, niecodzienne, ciekawe (mniej lub bardziej) które zauważyłem, których doświadczyłem i w których wziąłem udział podczas kręcenia kilometrów w pracy.

W dalszym zamyśle powstanie być może seria takich wpisów zatytułowanych „zza bocznej szyby”, bo najwięcej rzeczy dziwnych dzieje się zwykle obok, a nie przed.
Bo coś dziwnego dzieje się raz na jakiś czas kiedy jadę, a wspomnieć o tym warto, bo właściwie czemu nie?…

I tak na przykład pierwszy wpis z serii, z trzema sytuacjami z ostatnich dwóch miesięcy.
Pierwsza.
Powrót z Krakowa. Tokarnia, droga pseudo-ekspresowa S7. Jadę, dojeżdżam do skrzyżowania, do drogi którą jadę dobiega inna, lokalna, z prawej strony. Droga ma rozrysowane pasy do odpowiednich kierunków jazdy, konkretnie pas prawy do jazdy w prawo i na wprost, i pas lewy, do jazdy w lewo. I oto co stoi na lewoskręcie, przed linią zatrzymania, próbując się włączyć do ruchu? Kobieta z wózkiem.
Spacerówka, w środku dziecko, kobieta w płaszczu „za kierownicą”, na samym środku lewoskrętu. Stoi i się rozgląda. Ewidentnie chce się włączyć do ruchu…
Nie wiem, co ona tam z tym dzieckiem robiła, nie mam pojęcia. Nie wiem też, czemu nie poszła normalnie, chodnikiem. Bo chodnik był. Nie wiem też, czemu nie sygnalizowała, że skręca w lewo, skoro już stanęła na środku drogi, choć domyślam się, że może dlatego, że ten model spacerówki nie był wyposażony w kierunkowskazy… Dobrze, że chociaż dziecko miało pasy zapięte…
Druga.
Ciekawa rzecz, pierwszy raz się z tym spotkałem. Droga do Krakowa, jakieś 40 km do celu. Karetka na sygnale, mam CB więc wiem o niej duzo wcześniej, niż zobaczę ją na żywo. CB właśnie tu ma swój plus – „Mobile, karetka na bombach na Kraków, zróbcie miejsce, uważajcie”. I każdy wie, co ma robić, jak zobaczy niebieskie kolory w lusterkach. Tym razem też tak było. Co chwilę „Mobile, karetka na Kraków, przejazd proszę”. Tyle, że tym razem „mówiła” sama karetka. Konkretnie sanitariusz. Sami sobie robili drogę, nawoływali gdy tylko zbliżali się do kolumny aut. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką sytuacją, żeby karetka na sygnale sama zadbała sobie o płynny przejazd, zwykle robią to kierowcy aut, którzy zobaczą że karetka jedzie i którym chce się w tej sprawie w ogóle odezwać. Niespotykana rzecz, a jak najbardziej osobiście popieram takie zachowanie.
Trzecia.
Kielce, Warszawska, parking pod sklepem, będący jednocześnie parkingiem dla mieszkańców bloku. Stoję na przejeździe, czekam, nie pamiętam już na co. Podchodzi do mnie jakiś gość.
-Zawodowy kierowca?
-yyy… no… zawodowy, a co się stało?…
-16 lat za kółkiem, Darek jestem. Kiedy zwalniamy, wyprzedzając kolumnę?
Kurde. Patrzę na niego moim upośledzonym wzrokiem. Podszedł obcy gość (no, w sumie to nie obcy, przecież się przedstawił), pali papierosa, czuć że lekko wypity jest, zadaje jedno pytanie, za chwilę drugie… Eeeee… O co chodzi? Kim Ty chłopie jesteś, po co żeś przylazł, czego żądasz…
-Kiedy zwalniamy WYPRZEDZAJĄC kolumnę? Kurde… Nigdy nie zwalniamy, jak wyprzedzamy. Jak jesteśmy wyprzedzani, to owszem, żeby ułatwić temu, co wyprzedza…
-Bzdura kolego, zastanów się jeszcze raz. Posłuchaj, skup się. Kiedy zwalniamy, wyprzedzając kolumnę?
Wieczór, pada, zimno. Przyszedł jakiś menel z zagadkami…
-No nie wiem…
-ZAWSZE, kolego, zawsze. Wyprzedzasz pielgrzymkę, zwalniasz. Wyprzedzasz kolumnę wojska, zwalniasz. Wyprzedzasz furmankę, zwalniasz, no nie tak? Zapamiętaj se – wyprzedzając kolumnę, zwalniasz zawsze, tylko nawet nie zwracasz na to uwagi. Miłego popołudnia, bezpiecznej jazdy, szerokiej drogi, kolego, trzymaj się, nara.”
I zabrał się i poszedł. Taka sytuacja…

1 komentarz więcej...

Co mnie irytuje. Na drogach.

przez , 03.sie.2017, w Na każdy temat

Jeżdżę. Dużo jeżdżę. Lubię jeździć. Kolekcjonuję kilometry. Ostatnio także nadprogramowe, z fotela pasażera. Niekoniecznie w pracy. A jeżeli już, to niekoniecznie swojej.

Kolekcjonuję kilometry, ziarnko do ziarnka. W różnych warunkach, o różnych porach, różnym tempem. 

Kolekcjonowanie kilometrów jest fajne. Z lekka męczące, ale satysfakcjonujące. Rym przypadkowy, ale jakby ktoś podłapał i stworzył z tego jakiś lokalny hip-hop, to można. Kolekcjonowanie kilometrów jest spoko, jednakże ostatnio doszedłem do wniosku, że rzeki asfaltu na których przychodzi mi to czynić, jak również użytkownicy tychże rzek, składają się razem wzięci na dość niebezpieczny obraz. Obraz ogólnie pojętej bezmyślności, bezradności, brawury, beznadzie… beznadzie… i (?)…ji (?!) (Panie prezydencie, help…), oraz – czasem niestety także – bólu (a tu już wiem, łaski bzz). I paru innych rzeczy na „by”.
Bo jak tak sobie jadę, to staram się za kółkiem myśleć. Przewidywać. Owszem – nie każdy umie. Ale większość (IMO) nie tyle nie umie, co w ogóle nie próbuje.
Natknąłem się kiedyś na filmik na YouTube w którym pewien człowiek wymienia kilka sytuacji, które najbardziej irytują go na drogach podczas jazdy. Przedstawię Ci tutaj ja,teraz, zaraz trzy sytuacje, które na drodze irytują mnie. Trzy… Pfff… TrzyDZIEŚCI powinienem, ale dobra… Bo będzie że narzekam…

Trzy. Takie perły w koronie polskiego drogownictwa. Trzy wisienki na torcie.

Trzy złote kajaki potoków polskich dróg…

Numer trzy na podium, sytuacja, która irytuje mnie prawie najbardziej, czyli ZATRZYMYWANIE SIĘ PRZED PRZEJŚCIEM DLA PIESZYCH. Żeby nie było – samo zatrzymanie to ok, to nie o to mi chodzi; sam zatrzymuje się PRAWIE zawsze gdy mam taką możliwość, oraz zawsze jak pada, bo pada zwykle pieszemu, mi nie. Natomiast PRAWIE zawsze zatrzymuję się gdy mam taką możliwość, czyli: jeśli pieszy przechodzi przez ulicę z prawej na lewą stronę a ja jadę prawym pasem, lub jeśli pieszy przechodzi z lewej strony na prawą i ja jadę pasem lewym. Brzmi to śmiesznie, w praktyce – tak jest najbezpieczniej dla pieszego, dla mnie i dla ruchu na sąsiednim pasie.

Ale zara zara zara! Jak to „Tak jest najbezpieczniej”?
A no tak to. Przykład: Dwa pasy w jednym kierunku, potok aut, 70km/h i pasy. Pieszy chce przejść z prawej na lewo i nagle ktoś na lewym pasie zatrzymuje się przed tym przejściem. Zatrzymany zostaje pas lewy, prawy jedzie, pieszy stał jak stoi. Dwa rozwiązania: Jeśli trafi się na prawym bystry kierowca, to prawy pas się zatrzyma i pieszy przejdzie LUB jesli pieszy jest nieogarnięty (a jest duże prawdopodobieństwo że taki właśnie nam się trafił, żyjemy w Polsce, heloł…), to wejdzie pod jadące prawym pasem samochody, bo „przecież mam prawo, bo tam sie pan zatrzymał”. Plus bonus: jak się trafi na lewym pasie jakiś nieogarnięty kierowca (który chwilę wcześniej był może nieogarniętym pieszym), to wjedzie w zadek temu, co się przed pasami zatrzymał. Dziękuję, dobranoc.
Nigdy nie zatrzymuję się przed przejściem jadąc lewym pasem, kiedy pieszy chce przejść z prawej na lewą stronę. Nigdy. To jest potrajanie ryzyka. Jadę lewym, zbliżam się do pasów, jeśli prawe auto się nie zatrzymało, ja też się nie zatrzymam. Z doświadczenia wiem, że to bardzo wprowadza wszystkich w błąd.

Irytuje mnie takie postępowanie. Co mi to da, czy co da temu komuś, kto się na tym lewym zatrzymał, że się zatrzymał, jak prawy pas jedzie dalej? Nikt nie spodziewa się, że jeśli pieszy stoi po prawej i prawy pas jest w ruchu, ktoś na lewym łaskawie się zatrzyma, bo i po co miałby to robić?. Bardziej czytelne, prawdopodobne, bezpieczniejsze i – powiedziałbym – oczekiwane jest odwrotne zachowanie. Pieszy stoi po prawej, zatrzymuje się prawy pas, lewy pas to widzi, też się zatrzymuje. Simple?
Niestety, ogólnie kajaki na rzekach asfaltu są ważniejsze niż pieszy chcący przejść z jednego brzegu na drugi, z którego by to brzegu nie było i w kierunku którego by się nie szło… Najczęściej i najbezpieczniej dla pieszego jest wtedy, jak karawana kajaków z jednej i drugiej strony umrze śmiercią naturalną, czyli jak pieszy wyczeka lukę. Wtedy prawdopodobieństwo, że z jednego brzegu na drugi dotrze cało i o własnych siłach wzrasta.

Chociaż sto procent gwarancji bezpieczeństwa dotarcia na drugi brzeg na polskich drogach nie występuje. Nigdzie. Nawet na drogach z zakazem ruchu…

Sytuacja numer dwa, Srebrny Kajak. Turyści.
Nie, nie obce rejestracje, chociaż czasami w pewnym sensie ma to związek z tym, co mam na myśli. Chodzi mi o swój indywidualny sposób jazdy, niedostosowany do czegokolwiek, czego wymaga się na drodze. Turyści dzielą się na dwie grupy, które dzielą się na kolejne dwie. Kurde, jak zwierzęta… Turyści dzielą sie więc ze względu na płeć na „tempomaty” czyli na kobiety, oraz na „alzhaimery”, czyli meżczyzn. Zasadniczo Turyści zawsze jadą swoim tempem, ze stałą prędkością, zależną tylko i wyłącznie od ich widzimisie. Kobiety jadą ze stałą prędkością jakby miały wbudowany tempomat. Bez przyśpieszania, bez hamowania, po prostu start i „70″ na każdej drodze, w każdych warunkach, niezależnie od znaków „40″, „50″, „90″ albo „120″. Siedem dych równo i już. Widzimisie kobiety jest związane z lękiem i fałszywym przekonaniem, że „70 to jest tak optymalnie, w sam raz, nie za dużo, nie za mało; więcej niż 50, ale nie za dużo więcej, więc mandat w zabudowanym będzie niski, punktów mało, czyli ogólnie ok, a też jednocześnie właściwie nie przekraczam stówy, czyli prawka nie zabiorą. W zabudowanym jadę szybciej, ale do pirata drogowego mi daleko, poza zabudowanym mam 70, czyli jadę przepisowo, a na ekspresówce czy autostradzie to i tak są dwa pasy, to mnie można spokojnie minąć. Żyć nie umierać. 70 jest ok…
Faceci natomiast, ich widzimisie, to jest ciągłe poszukiwanie. Sklepu, szkoły, miejsca pracy, zamieszkania… „Dobra, no nic, że ograniczenie do 50, pojadę 40, bo za chwilę, już tutaj zaraz, skręcam do domu. Aaa, nie, no jeszcze nie tutaj, tam trochę dalej, za zakrętem w prawo. A, a tu jeszcze wczesniej jeden w lewo jest. No ale za nim jest już ten w prawo i tam zaraz mieszkam. No, jest, to jeszcze tylko 300 metrów prosto i już zjeżdżam. O, już dom widać, a to jeszcze do sklepu skoczę, dwa kilometry dalej, to się nie będę rozpędzał nawet…”

Albo

a z resztą…
Ludzie, są znaki, widać jakie są warunki na drogach. Pytam: jeśli wyjeżdżamy zza zakrętu a tam znak „90″ i Tir jadący przed nami rozpędza się do tych 90, za nim osobowy rozpędza się do 90 jak tir, i ja jadąc też chętnie pojadę 90 jak dwaj przede mną, bo warunki dobre i znak pozwala, to zawsze BEZPOŚREDNIO przed maską moją znajduje się ktoś kto stwierdza, że „aaa, a ja se pojade 60, a co…” i jedzie te sześćdziesiąt… Pytam się Ciebie z tego auta przede mną: co Tobą kieruje, że nie jedziesz tak jak reszta? Czemu nie tyle ile znak pozwala? I czemu akurat 60, a nie 70, 80, albo 100, czy 110?
A ile razy zdarza się tak, że przy ograniczeniu do 70 wszyscy lecą 100-110, bo jest taka możliwość, a ktoś się znajdzie, kto jedzie 90. I ani nie jedzie przepisowo, ani nie jedzie w rezerwie, w tzw „plus 10″, a jednocześnie jedzie wolniej niż reszta…
Kurde, ok, nie czujesz się na siłach, żeby jechać szybko, bo moze te „90″ dozwolone znakiem to dla Ciebie za szybko, zbyt strasznie… Czemu zatem skoro jedziesz wolniej, nie umożliwisz wyprzedzenia siebie, tylko jedziesz jak „TURYSTA”…?
ha, a nie daj Boże jak taki Turysta ma jeszcze syndrom „Bi Em Dabliju”, i nie włącza kierunkowskaza podczas zjazdu, czy wykonywania jakiegokolwiek manewru…
A na dodatek przed chwilą dopiero wsiadł do auta, czyli chwilę temu skończył być nieogarniętym pieszym…

Złoty Kajak. Pierwsze miejsce.
Ja to nazywam ” Zero Dziewięć Turbo Diesel”.
Dwa poprzednie miejsca denerwują, ale nie tak bardzo jak numer jeden. No bo jak sie nie denerwować, jak zachować spokój, kiedy jadę sobie prosta drogą, mam na liczniku 100-110 km, przede mną nikogo na drodze, za mną nikogo na drodze i nagle, niespodziewanie, ni stąd ni z owąd pojawia się auto. Auto, które niczym przyczajony tygrys zamierza włączyć się do ruchu, bo akurat wyjeżdża z posesji, albo bocznej drogi, albo skąkolwiek.
I teraz tak: przede mną pusto, za mną pusto, jadę sam. I to auto postanawia włączyć sie do ruchu. Przede mną, a jakże! Bo zdąży. No zdąży, ale przecież za mną nie ma nikogo, za mną też zdąży! A gdzie tam, musi być przede mnie. Więć jedynka, i z piskiem opon wio!
Zdążyło przede mnie. Wyjechało. To nic, że hamowałem do 60, żeby jeszcze bardziej nie przyśpieszyć mu startu. To nic, że 10 km jadę spokojnie 100-110 i nic mi nie przeszkadza, aż do teraz… „A wystarczy Ci, 10 km tak szybko, wpier*ole się przed Ciebie, żeby Ci nudno nie było, bo może zapomniałeś że masz hamulec…”.
No na szczęście pamiętam…
I taki wyjeżdża i zwalnia człowieka. Start z piskiem, paliwa poszło, wir w zbiorniku taki, ze jakby się nachylić, to może by nawet łeb ukręciło, więc teraz spokojnie, 50 to max, po co się śpieszyć, bilans w zbiorniku musi wyjść na zero, to teraz do domu spokojnie, niedaleko, nie ma się co rozpędzać.
Właśnie. Niedaleko. 100 metrów, czasem 200 metrów i co? Skręca w lewo… Zwalnia po raz drugi. Czasem do zera, bo z przeciwnego kierunku coś akurat jedzie…
Aaaaaj, Boże, ileż to razy spotykam się z taką sytuacją. Ja znowu rozumiem. Każdemu się śpieszy, każdy chce być wszedzie szybko. Tobie się śpieszy, mi się śpieszy. Bo praca, bo obiad stygnie, bo dzieci w przedszkolu stygną, bo żona/mąż/kochanek czeka, bo zakupy trzeba zrobić a promocja w lidlu kończy się o 19:00… Ale kurde, rusz głową trochę. Wyjeżdżasz skądkolwiek, włączasz się do ruchu, widzisz jedno auto które leci z prędkością, za nim pusto, zaczekaj. Nie wybijesz go z rytmu, a 10 sekund czekania dłuzej nie ma wpływu na nic. Ty zdążysz się włączyć, on nie będzie musiał znów się rozpędzać, plus dla Ciebie, plus dla niego i plus dla środowiska.
I pół biedy powiem Ci, jak osobówka wyjedzie pod osobówkę, czy pod busa. Gorzej, jak taki manewr zrobi przed TIRem, autobusem czy czymkolwiek większym i cięższym, co stosunkowo trudniej zatrzymać, czy chociażby dostatecznie wyhamować. A niestety i takie zdarzenia widziałem…
Gwoli wyjaśnienia, skad „Zero dziewięć turbo diesel”: Bo start żeby się włączyć tak dynamiczny, że asfalt się ściąga, ale prędkość na trasie jak taczka z workiem cementu… w wodzie… bez koła… do góry nogami…
Właściwie powinienem ich nazywać „ruskimi myśliwcami”, znaczy szybki na starcie, wolny na przelotowej…

Nie wiem, skąd się biorą te wszystkie sytuacje. Ludzka głupota, może nieświadomość, a może zmęczenie, zbyt duża pewność siebie, a może wszystko po trochu w każdym przypadku. Pracując jako kierowca ponad dwa lata w jednej firmie, gdzie tak na prawdę dopiero tu miałem i nadal mam do czynienia z jazdą na dalsze dystanse niż „własne podwórko” da sie zauważyć, że jazda po kraju przypomina tor przeszkód, na którym żeby bezpiecznie dotrzeć do celu trzeba być na serio skupionym na jeździe, a na dodatek myśleć nie tylko za siebie, ale też za przynajmniej tych w najbliższej odległości od swojego auta.
Poza tym to tylko niektóre sytuacje, powiedzmy – takie trzy, które na hasło „co Cię najbardziej denerwuje na drogach” od razu przychodzą mi do głowy. Ale jest przecież mnóstwo innych, począwszy od nieużywania kierunkowskazów podczas zmiany toru jazdy, czy też mylenia kierunku skrętu w stosunku do wrzuconego kierunkowskazu (!), po sytuację odwrotną do tej z podium: to znaczy kiedy ja chcę się włączyć do ruchu i czekam aż nadjeżdżające auto przejedzie, kiedy ono 5 metrów przede mną sygnalizuje, że będzie skręcać w drogę z której ja wyjeżdżam (!!). To po co ja stoję i czekam na auto, które nie przecina mojego toru jazdy? Nie można wcześniej zasygnalizować zamiar skrętu? Można, tylko po co. Stój se, jak stoisz…
O ile łatwiej, bezpieczniej, szybciej i ekonomiczniej jezdziłoby się po drogach, gdyby używać głowy w takich prostych sytuacjach…

PS. Sytuacja z ostatnich dwóch tygodni.
Od jakiegoś czasu podrużuję sobie w towarzystwie radia CB. To ułatwia, ale też pozwala ułatwiać jazdę innym.
Jadę, dwa pasy, za 400 metrów zwężka do jednego. Korek na pasie który „trwa dalej” – jakieś trochę ponad pół kilometra, więc myk na lewy, i do końca, dopóki ten się nie skończy. Dojeżdżam prawie do końca i oto z prawego pasa wyjeżdża przede mnie na lewy pas, który kończy się dosłownie za 40 metrów niebieskie audi, zatrzymuje się i stoi. Dojeżdżam do niego i czekam. Prawy pas stoi, lewy też stoi, bo audi przede mną go blokuje.
Mówię do niego: Szeryfie z niebieskiego audi, albo uciekaj na prawy, albo jedz do końca i tam czekaj, bo blokujesz lewy pas.
W odpowiedzi słyszę: Spokojnie, ja odstałem swoje w tym korku, to Ty też możesz trochę poczekać.
Bez komentarza to zostawię…
On wyjechał z prawego pasa, stojąc w nim jakieś – tak myślę – 20 minut tylko po to, żebym nie wjechał przed niego na końcu zwężki…
Pozdrawiam tego pana z niebieskiego Audi A4 kombi na Warszawskich blachach. Moja zemsta była słodka, podróż się panu nieco wydłużyła, ale mam nadzieję że urlop się udał…

1 komentarz więcej...

Wpis zawiera lokowanie produktu: zło nie rzuca się w oczy…

przez , 28.maj.2017, w Na każdy temat

„Torturowana” – Jane Elliott

Dzień przed wyjazdem na jedną z takich wypraw do babci ja i Richard siedzieliśmy razem w kuchni. Mama poszła z Lesem do sąsiadki (…) a reszta chłopców oglądała telewizję w salonie. Richard zaczął mi opowiadać, co będziemy robić po drodze i u babci. Zupełnie jakby sądził, że ta perspektywa będzie mnie cieszyć i podniecać tak jak jego. Byłam coraz bardziej wściekła a w głowie grała mi piosenka z serialu Grange Hill pt. „Po prostu powiedz nie”. Słowa tego kawałka tkwiły we mnie od lat i z jakiegoś powodu, kiedy Richard spytał mnie, czy chcę robić te wszystkie rzeczy, odpowiedziałam:
-Nie.
Natychmiast zrozumiałam, że popełniłam ogromny błąd. Przycisnął czoło do mojego, wpatrując we mnie wściekle. Czułam jego oddech na twarzy.
- Co?
Nie wiem dlaczego, ale znów odpowiedziałam: „Nie”. Jakby coś podpowiadało mi, żeby mu się sprzeciwić.
Jego pięść pojawiła się znikąd, moja głowa uderzyła w kafelki ściany od tyłu. Rozpłakałam się i próbowałam przeprosić, ale mój bunt rozwścieczył go tak bardzo, że nie był już w stanie się uspokoić. Ogarnięty nieprzytomną furią, tłukł mnie pięściami raz po raz, a potem chwycił za włosy, odciągnął od ściany i jednym potężnym kopniakiem wyrzucił na korytarz i dalej, przez otwarte drzwi salonu, gdzie siedzieli moi bracia. Kiedy wylądowałam na podłodze dopadł mnie i kopał dalej, wrzeszcząc, że jestem niegrzeczną pizdą. Bracia krzyczeli na niego z kanapy, żeby przestał, przerażeni, że mnie zabije, ale żaden nie odważył się ruszyć z pomocą. Dobrze wiedzieli, że jego furia obróciłaby się przeciwko nim, gdyby spróbowali się wtrącić.
Usłyszeliśmy klucz mamy w zamku.
- Wstawaj i ogarnij się – rozkazał Richard.
Wstałam i próbowałam doprowadzić się do porządku, a on wrzeszczał na chłopców, żeby się zamknęli. Na nieskazitelnej czerwonej wykładzinie widać było kępki moich włosów, twarz miałam spuchniętą od bicia. Kiedy mama weszła, wyprostowałam się. Chłopcy milczeli, bladzi i roztrzęsieni.
Mama musiała słyszeć krzyki od sąsiadki i spod drzwi, ale tak samo jak chłopcy bała się, że Richard zwróci się przeciwko niej.
- Co ci jest? – spytała mnie, jakby lekko zirytowana, że znowu mam jakiś problem.
- Coś mi wpadło do oka – odpowiedziałam. Często używałam tego kłamstwa, by wyjaśnić, dlaczego mam załzawione oczy.
Mama jak zawsze przyjęła moje tłumaczenie, nie pytała o nic więcej.”
Zaskakujące, jak wiele zła może doświadczyć człowiek z rąk drugiego człowieka w domowym zaciszu, rodzinnym gronie, wśród najbliższych…
Jane ma cztery lata. Ojczym – osiemnaście. On nienawidzi jej od samego początku, bez powodu. I od samego początku zamienia jej życie w koszmar (choć uważam, że takie słowa jak „koszmar” czy „piekło” nawet w połowie nie odzwierciedlają tego, czego ta dziewczyna doświadczała przez blisko dwie dekady życia). Bita, wykorzystywana seksualnie, upokarzana słownie, pozbawiona własnego życia, zmuszana do nieludzkich zachowań – wszystko pod groźbą kar psychicznych i cielesnych…
Nieprawdopodobna historia. A ile takich, podobnych mniej lub bardziej historii dzieje się w naszym otoczeniu? O ilu takich podobnych mniej lub bardziej historii wiemy, albo wiemy o kimś, kto wie, a nic z tym nie robimy, bo lepiej jest milczeć, niż ingerować?
Niesamowite: jeden człowiek znęca się nad innym człowiekiem. W tym przypadku ojczym znęca się nad córką. Matka o tym wie. Nie reaguje. Sąsiedzi o tym wiedzą. Nie reagują. Policja wie – nie reaguje. Wszyscy boją się konsekwencji. Mało tego, rodzina ojczyma trzyma jego stronę – dzieci muszą się przecież słuchać dorosłych…
Książka wciąga. Polecam każdemu, aczkolwiek zaznaczam, że niektóre momenty, opisy, relacje są przedstawione w taki sposób, że powinny zostać przeznaczone raczej dla dorosłych czytelników…

1 komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: o Smoleńsku raz jeszcze…

przez , 26.mar.2017, w Na każdy temat

„Edmund Klich. Moja czarna skrzynka” – Michał Krzymowski.

„-Jest pan w stanie oszacować, jaki procent odpowiedzialności za Smoleńsk leży po polskiej stronie, a jaki – po rosyjskiej?
-70-80 proc. winy polskiej i 20-30 proc. – rosyjskiej. Po naszej stronie oczywiście jest tego więcej, bo siłą rzeczy u nas wyszło więcej zaniedbań systemowych. Nigdy nie zgodzę się z tym, że za Smoleńsk winę ponoszą piloci. Oni są tylko bramkarzami błędów całego systemu, wyłapują to, co zawalili inni. Jeśli działali źle, to dlatego, że byli nieodpowiednio wyszkoleni, mieli za mało wylatanych godzin, nie ćwiczyli na symulatorach, nie byli przygotowani do współpracy w załodze, specpułk i Dowództwo Sił Powietrznych nie zapewniło im odpowiednich procedur.”

Kojarzysz piosenkę z reklamy radiowej i telewizyjnej, w wykonaniu Eweliny Lisowskiej, o włączaniu niskich cen? Na pewno kojarzysz, bo na wymioty zbiera, jak się ją po raz n-ty słyszy. Przynajmniej mnie.

Tak samo na wymioty mnie zbiera, jak słyszę o Smoleńsku…

Mijają już 84 miesiecznicę od katastrofy, a wraku jak nie było, tak nie ma, tak jak i nie ma trotylu na skrzydłach, pancernej brzozy, zamachu, sensownej akcji w Modzie na Sukces i pestek w bananach. Nie ma i nie będzie.

Mimo to przeczytałem kolejną książkę na ten temat, śmiem twierdzić że najbardziej obiektywną, bezstronną i taką „prawdziwą”. Co ciekawe – wśród tylu opracowań poświęconych tragedii sprzed 7 lat, każde z nich jest zupełnie inne, mam wrażenie że pisane pod kątem poglądów politycznych ich autorów. Jak ktoś lubi „tych”, to napisze w taki sposób, a jak lubi „tamtych”, to napisze w inny sposób, odpowiednio manipulując posiadaną wiedzą, lub jej brakiem. Taka papierkowa wojna polityczna…

Wywiad z Panem Klichem uświadomił mi dwie rzeczy;
po pierwsze: jak wielki bałagan panował w tym kraju po Katastrofie, jak bardzo brakowało organizacji w takich zwykłych, prostych, a jakże niezbędnych sprawach, jak tłumacz technicznego języka rosyjskiego tam na miejscu, w pierwszych godzinach i dniach po tym wydarzeniu, oraz
po drugie: że ten bałagan trwa do dzisiaj, że nigdy nie zostanie posprzątany i – co ciekawe – wcale nie dlatego, że komuś to „jest na rękę”, tylko dlatego, że nie ma „odkurzacza”, który sprzątnąłby nawarstwiający się od samego początku po dziś dzień syf.

 

W 1977 roku na Teneryfie zderzyły się ze sobą dwa Boeingi 747. Zginęło grubo ponad 500 osób. Jeden z samolotów spłonął doszczętnie. Mimo tego śledztwo, które wskazało mnóstwo nieprawidłowości, które skumulowane doprowadziły do zdarzenia, trwało półtora roku.
Dwa największe samoloty na świecie.
Dwa nowe samoloty, raptem 8 lat na rynku.
Lata siedemdziesiąte.
Bez komisji sejmowych.
Dało się?

1 komentarz więcej...

Wpis zawiera lokowanie produktu: „Świadomość, że zabiłem pięć milionów Żydów, powoduje…

przez , 22.mar.2017, w Na każdy temat

„…że z uśmiechem skoczę do grobu. To dla mnie wielka satysfakcja i nagroda” – Adolf Eichmann.

Naziści. Ikony zła.” – Bartłomiej Mrożewski.

„W dniu 19 kwietnia 1943 roku o 6 rano, gdy rozpoczęła się operacja likwidacji getta, Stroop siedział w swojej kwaterze i czekał na wieści. Ponad 800 SS-manów, wspieranych przez czołg i samochody pancerne, wkroczyło do getta.
Stawiany przez Żydów i bandytów opór mógł zostać złamany tylko przez energiczną i niezmordowaną, trwającą dzień i noc akcję bojową oddziałów szturmowych. 23.4.1943 Reichsfuhrer SS za pośrednictwem dowódcy SS i policji wschód w Krakowie wydał rozkaz przeszukania z największą bezwzględnością i nieubłaganą surowością getta warszawskiego. Dlatego też zdecydowałem się teraz na całkowite zniszczenie żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej przez spalenie wszystkich bloków mieszkalnych, łącznie z blokami przy zakładach zbrojeniowych.

(…)

Nieraz żydzi pozostawali w płonących domach tak długo, aż wreszcie z powodu żaru i z obawy przed śmiercią w płomieniach woleli wyskakiwać z pieter po uprzednim zrzuceniu na ulicę materaców i innych wyściełanych przedmiotów. Z połamanymi kośćmi usiłowali się oni potem jeszcze czołgać przez ulicę do bloków, które bądź wcale, bądź tylko częściowo stały w płomieniach.

(…)

W toku dzisiejszej akcji spalono szereg bloków mieszkalnych. Jest to jedyna i ostateczna metoda, aby zmusić tę hołotę i tych podludzi do wyjścia na powierzchnię. Rezultat dzisiejszej akcji: 30 Żydów przeznaczono do obozu. 1330 Żydów wyciągnięto z bunkrów i natychmiast zgładzono. 362 Żydów zastrzelono w walkach. Ogółem ujęto w dniu dzisiejszym 1722 Żydów. W ten sposób ogólna liczba ujętych Żydów wzrosła do 29186. Poza tym według wszelkiego prawdopodobieństwa zginęło wielu Żydów w wysadzonych w powietrze bunkrach i wskutek powstałych pożarów.

(…)

Była żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie przestała istnieć. Wielka akcja została zakończona wysadzeniem w powietrze warszawskiej synagogi o godzinie 20:15. [...] Ogólna liczba ujętych i na pewno zgładzonych Żydów wynosi 56 065.”
Jurgen Stroop.
„Jeśli kiedyś tu czy tam jakaś płaksa ze łzami w oczach biadoliła, że to, co się działo z Żydami, jest przerażające, to taką osobę trzeba spytać, czy dzisiaj nadal jest tego zdania. Gdybyśmy dzisiaj mieli w kraju te dwa miliony w pełni aktywnych Żydów, a z drugiej tych niewielu niemieckich mężczyzn, nie bylibyśmy już panami sytuacji. Że się to nie spodoba Żydom w świecie, z tym się liczyliśmy, ale nam to jest obojętne. Żydzi to rasa, którą trzeba wytępić, jeśli któregoś dopadniemy, to po nim.”
Hans Frank.

Swego czasu dość intensywnie przymierzałem się do przeczytania „Mein Kampf”. Intensywne przymiarki spełzły na niczym, właściwie sam nie wiem, dlaczego. Może miałem pod ręką milion innych ciekawszych zajęć, a być może gdzieś niekoniecznie chciałem czytać o człowieku, który pozbawił życia tak wielu ludzi.
Tymczasem właściwie w ciągu tygodnia przeczytałem niespełna 200-stronnicową książkę o dziewięciu największych zbrodniarzach będących częścią „Hitlerowskiej Maszyny Zabijania”.
Jestem zszokowany. Zwykli ludzie, inteligentni, z dobrych domów, zdolni i wychowani, często z szansą na spokojne, dostatnie życie, w momencie styczności z ideologią Hitlera – czasem przez przypadek, czasem przez kolegów – jakby im ktoś klapki na oczy założył, jednocześnie wymazując wszelkie ludzkie uczucia, wszelkie skrupuły. A zamiast tego: poczucie wyższości, pozbawione emocji zabijanie oraz poczucie dumy i satysfakcji z wypełnienia kolejnego rozkazu…
To nie jest książka o ikonach zła. To jest książka o największych sk********** tamtych czasów, o diabłach w ludzkiej skórze, którym nikt i nic nie mogło przeszkodzić w wykonywaniu powierzonych im funkcji.
Przykra prawda tamtych czasów…
I dopiero teraz tak na prawdę człowiek zastanawia się, kto właściwie był gorszy… Hitler, który wydawał rozkazy, mówił co i jak robić, czy odpowiedni, bezwzględni ludzie na stanowiskach, którzy ślepo, bez zastanawiania się nad zasadnością, wprowadzali te rozkazy własnymi rękami w życie…

Zostaw komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: historia opisana chłodno…

przez , 08.sty.2017, w Na każdy temat

Mgła” – Maria Dłużewska, Joanna Lichocka

„Mam poczucie, że wszystko, co się wydarzyło, ta katastrofa, jest wynikiem pewnych działań trwających prawie trzy lata. Tej polityki, którą rząd prowadził w stosunku do prezydenta. Tego obniżania rangi prezydenta. Przeszkadzania mu w różnego rodzaju działaniach.”

(…)

„Chodziło o to, żeby kolumna z panem premierem Donaldem Tuskiem była na miejscu tragedii pierwsza. Chodziło o to, żeby na tyle powstrzymać autobus z Jarosławem Kaczyńskim, żeby premier Tusk mógł być pierwszy na miejscu katastrofy. Inaczej – żeby Jarosław Kaczyński swoją obecnością nie zepsuł eventu, jaki zaplanował sobie na miejscu tragedii pan premier Tusk. To cała prawda. (…) Myślę że dla Putina PR-owski wydźwięk katastrofy też był bardzo ważny. Przecież oczywiste jest, że Rosjanie musieli za wszelką cenę zmyć z siebie wszelki, nawet najmniejszy cień podejrzeń. Dwa Katynie w historii?? To za dużo! To się nie miało prawa zdarzyć! To było niewygodne dla Rosjan i musieli zrobić wszystko, żeby przynajmniej wyglądało na to, że pomagają, że starają się, że robią wszystko, żeby pomóc.”

(…) 

„W pewnym momencie na korytarzu spotkaliśmy dwóch funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa. (…) Zapytali, czy nie chcemy stąd wyjechać. Mówimy: wyjedziemy, ale najpierw musimy przygotować jutrzejszą uroczystość… powtarzamy to, co przed chwilą im powiedzieliśmy. Oni na to, że na naszym miejscu by wyjechali, bo w Rosji jest tak, że ci, którzy są pierwsi na miejscu wypadku, czasami giną w niewyjaśnionych okolicznościach i zapytali: „A wiecie, co się stało z kontrolerami lotu?” Nie muszę tłumaczyć… cała noc była nieprzespana. Jedyne, co zrobiliśmy, to zastawiliśmy szafą drzwi do pokoju i tak do rana wegetowaliśmy, czekając na świt.”

 

Przeczytałem.
Szczerze?
Moje pierwsze pytanie po przeczytaniu ostatniej kartki: po co ktoś to w ogóle napisał…?
I od razu drugie pytanie: po co ja to w ogóle przeczytałem?
Chyba tylko po to, żeby dać mi okazję do wyrażenia mojej prywatnej opinii na temat tej tragedii, a żeby nie pisać jej tak „z czapy”, to żeby wesprzeć się jej treścią.
Czyli tak:
Wywiady z ludźmi z otoczenia prezydenta, ich odczucia, reakcje, przebieg wydarzeń, obserwacje i spostrzeżenia, bez jednoznacznego wskazywania winnych, bez jednoznacznego opowiadania się za którąś opcją, bez zrzucania winy na jakąkolwiek stronę.
Przeczytałem i stwierdzam, że to taka trochę baśń. Bo niby nigdzie nie pada stwierdzenie, że winny jest pan T., a jednocześnie między wierszami czuć, że wszyscy wskazują na jego winę. Niby nigdzie nie pada stwierdzenie, że winnymi katastrofy są Rosjanie, ale miedzy wierszami da się wyczuć, że nikt inny, tylko oni. Niby nigdzie nie pada stwierdzenie, że to „partia partii zgotowała ten los”, ale jak się uważnie wczytać, to znajdzie się momenty (nawet całkiem sporo), gdzie jedyny wniosek jaki się nasuwa po dokończeniu akapitu, brzmi „aha, czyli gdyby nie oni, nic by się nie zdarzyło…”.
Moja opinia jest taka: Samoloty rozbijają się co jakiś czas wszędzie. Zamachy terrorystyczne też mają miejsce co jakiś czas, też wszędzie. Nie twierdzę, że Rosjanie w komitywie z panem T. zestrzelili samolot żeby pozbyć się kogoś kto im przeszkadzał, nie twierdzę że to sprawa bomby, brzozy, niewyszkolonych kontrolerów albo nacisków na załogę. Nie twierdzę też że samolot rozbił się tak sam z siebie – wszyscy doskonale wiemy, że ś.p. Prezydent nie był lubiany i że wszelkie ślady na niebie i na ziemi, włącznie z faktem, że od 6 lat wrak samolotu jakoś nie może wrócić do kraju chciał nie chciał muszą dawać do myślenia.
Ale patrzę też na to z trochę innej perspektywy – przez pryzmat mojego hobby. I stwierdzam, że samolot był stary, załoga raczej średnio przygotowana, lotnisko nie spełniało wymogów do bezpiecznego przyjęcia samolotu, a warunki pogodowe były poniżej minimum.

Nie jestem specjalistą, ale tak na zdrowy rozum próżno szukać dowodów na zamach, śladów bomby i trotylu, kiedy samolot z niespełna setką najważniejszych osób w państwie na pokładzie za wszelką cenę, wbrew wszelkim procedurom szuka w gęstej mgle lotniska, świadomie narażając się na ryzyko rozbicia…
Mgła…
Właściwie teraz dopiero rozumiem, skąd tytuł… Tu chyba nie chodzi o mgłę tamtego poranka, tylko o mgłę jako metaforę niejasności i tajemniczości otaczającej całe to wydarzenie od momentu zaistnienia, trwające do teraz i nie wiadomo jak długo jeszcze…
Natomiast książka… Ogólnie ok, można przeczytać, jak się nie ma pod ręką akurat Kubusia Puchatka i Hefalumpów, albo czegoś podobnego z gatunku…

 

Zostaw komentarz więcej...

Też bądz bohaterem…

przez , 27.gru.2016, w Na każdy temat

Tak się czasem zastanawiam w jakim kraju ja żyje właściwie…
Był sobie atak w Berlinie. Jakby na to nie patrzeć, bez wdawania się w szczegóły, wziął w nim udział Polak. Zginął, znaczy poległ w walce. Walczył o kierownicę własnego auta.
Strach i przerażenie mnie bierze, jak sobie pomyślę, że zwykły zjadacz chleba pojechał w ramach obowiązków wynikających z jego pracy i zginął, bo jakiś „obcy” postanowił, że to właśnie jemu podprowadzi się ciężarówkę i wykorzysta – w tym przypadku – akurat w taki a nie inny sposób. Jednak jeszcze większy strach i jeszcze większe przerażenie mnie bierze, jak sobie pomyślę, że ten zwykły zjadacz chleba stał się nagle bohaterem.
Bohaterem, bo walczył o swoje auto. To znaczy jechał (tudzież stał), siedział za kierownicą, a tu nagle niespodzianka, ktoś mu się za tą kierownicę pcha. No to on się broni, walczy o swoje. Atakujący nie może dać sobie rady, no to raz go nożem, drugi raz go nożem i na koniec jeszcze raz go z pistoletu. Czyli walczył, walczył, ale nie wywalczył. No bohater…
Chwilę po tej tragedii, usłyszałem w pewnym radio, że zebrano już kilkaset tysięcy podpisów pod petycją w sprawie odznaczenia walecznego Polaka orderem za coś tam (wybacz, nie pamiętam za co).
Bo gdyby nie Polak, nie jego opór, nie jego w końcu śmierć, rozmiary tragedii byłyby większe…
Zaprawdę powiadam Wam: litości…
Po pierwsze.
Żeby była jasność: współczuję Jego rodzinie, szkoda człowieka. Ale bohaterem to On – z całym szacunkiem – absolutnie dla mnie nie jest. Bo jakie tu bohaterstwo? Gdzie tu Ci ono? Czym się przejawiło? Ja to widzę tak: jadę sobie autem, ktoś mi się pakuje na moje miejsce – normalny odruch, że o nie walczę, na wszelki możliwy sposób. Tym bardziej, gdy dzieje się to w trakcie jazdy. Czy każdy walczący o kierownicę swojego samochodu człowiek, jest bohaterem?
No dobra, walczył o kierownicę z kimś, kto planował zrobić z niej niekoniecznie pozytywny uczynek. ALE przecież walcząc, nie miał pojęcia, że walczy z „terrorystą”…
Ktoś tu się chyba za dużo reklam pewnego marketu budowlanego naoglądał. Bohaterem to On był sam dla siebie – parafrazując – w swojej ciężarówce, sam dla siebie. Nie dla mnie, nie dla kraju. Według mnie nie zrobił nic, co pozwoliłoby nazywać go bohaterem.
Chyba że… człowiek idący po bułki do sklepu na śniadanie, potrącony śmiertelnie na przejściu dla pieszych, też jest bohaterem, którego heroiczny marsz po żywność poprzez miejską dżunglę został permanentnie bestialsko ukrócony przy pomocy stada kilkudziesięciu koni mechanicznych skrzętnie skrytych dla niepoznaki pod nieocynkowaną karoserią Volkswagena Passata kombi w kolorze czerwonym…
Po drugie.
Ktoś kiedyś przy okazji tragedii Smoleńskiej powiedział, że 96 osób w rozbitym Tupolewie zginęło śmiercią męczeńską i że też są to bohaterowie… No to zaraz. Coś się tu nie klei, no ale dobra: jak zginęli Ci w Smoleńsku, a jak zginął ten w Berlinie… Kim byli dla narodu Ci w Smoleńsku, a kim dla narodu był ten w Berlinie? Co takiego „bohaterskiego” uczynili i jedni i drudzy, żeby ich nazywać Bohaterami?
Moim skromnym zdaniem i jedni i drudzy nie uczynili nic…
Po trzecie.
Skąd właściwie wiadomo, że ofiar byłoby więcej, gdyby nie reakcja Polskiego kierowcy w postaci walki o odebranie kierownicy? Nie wiadomo właściwie, można tylko spekulować. Tymczasem Polski kierowca jest bohaterem, bo PRAWDOPODOBNIE uratował wiele ludzi i zmniejszył rozmiary katastrofy…
Na tej zasadzie również Ty jesteś bohaterem, bo prawdopodobnie przechodząc w maju 2013 roku przez ulicę wymusiłaś hamowanie pewnego samochodu, który gdyby nie Ty, wypadłby z drogi i zabił kierowcę…
Po czwarte.
Załóżmy, że Polski kierowca z Berlina jest bohaterem, tak jak i Ci co polegli pod Smoleńskiem, też nimi są.
No to co teraz? Dwie „miesięcznice” w miesiącu? Czy może pomnik ciężarówki przed sejmem? No bo że zostanie pochowany na Wawelu, to chyba nie ulega żadnej wątpliwości…

 

Wiesz co, może ten wpis wyda się dziwny, ale czasami na serio zastanawia mnie, kto i po co wymyśla takie bzdury o tym bohaterstwie w takich sytuacjach. Czy ludzie nie znają definicji słowa „bohater”, czy chcą się dowartościować, czy może pokazać, że „gdyby nie my, Polacy, to…”. Nie wiem, nie rozumiem skąd się to bierze i jaki ma to cel.
Tak jak mówiłem, jest przykro, że zginał niewinny człowiek. Oczywiste, że go szkoda, ale to nie powód, żeby robić z niego kogoś nadzwyczajnego poprzez to, w jakich okolicznościach zginął i co w tej sytuacji zrobił. Jak swego czasu świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński nadużywał ogłaszania „żałoby narodowej” przy pierwszej lepszej okazji, kiedy zginęło więcej niż 10 osób wykonujących jakąś „reprezentacyjną” czynność, tak teraz ktoś podobnie, choć w mniejszej – na szczęście – skali, zaczyna nadużywać słowa „bohater”…
W jakim kraju ja żyje…?

ps. Mam taką prośbę do czytelników: jeśli kiedyś nastąpi tu oficjalne zakończenie prowadzenia tego bloga, bardzo proszę, żeby ktoś ten blog zgłosił do Polskiej Agencji Prasowej. Może znajdzie się tam ktoś, kto jeszcze zdoła mnie wcisnąć na listę stu najlepszych felietonistów XXI wieku…
Tak tak, wiem… Nie napisałem żadnego felietonu…
Ale czy to ma jakieś znaczenie…

Zostaw komentarz więcej...

Smycz…

przez , 13.gru.2016, w O hobby na blogu

„Nadeszła godzina ciężkiej próby! Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że Polski jesteśmy warci. Rodacy! Wobec całego narodu polskiego i wobec całego świata pragnę powtórzyć te nieśmiertelne słowa: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy!”.
Pamiętam te słowa, jakby to było wczoraj. Ten ton, to zdecydowanie, spokój. Decyzja zapadła, stan wojenny – czas start. Coś tak nienaturalnego, a jednocześnie – jak mogłoby być inaczej? Wówczas – konieczność, choć dziś z perspektywy czasu – niepotrzebny zabieg, niczym zastrzyk znieczulający zaaplikowany do świeżo amputowanej nogi… Pamiętam ten poranek… poranek 13 grudnia 1981, kiedy Telerankowy Kogut przybrał nieco inną formę…

 
Chociaż…

Chociaż nie, przepraszam… Nie pamiętam tego poranka.
Urodziłem się w 1986 roku…

Nieważne, ten wpis i tak nie będzie miał żadnego związku ze Stanem Wojennym.

 

Byłem sobie dziś w ramach swoich obowiązków pracowniczych w Krow… ekhm, w Końskich. Dzień jak co dzień, trasa jak co drugi wtorek. Sklepy raczej też te co zwykle, może tylko towaru trochę więcej. I oto wchodzę na jeden z nich, sprawdzam towar i czekam na podpisanie faktury, w międzyczasie z nudów błądząc po pólkach, biurkach, szafkach i czym tam jeszcze się da w pomieszczeniu imitującym biuro, w którym aktualnie jestem. To znaczy błądzę oczywiście wzrokiem… I nagle dostrzegam sejf. Spory całkiem. Nie taki pierwszy lepszy sejf, który da sie kupić w każdym byle jakim sklepie z sejfami, tylko taki poważny sejf, najpoważniejszy ze wszystkich, jakie w swoim życiu widziałem. To nic, że w swoim życiu sejfy widziałem dwa… Ten zrobił wrażenie, wyglądał na masywny, ciężki, kupa stali, jakby go chciał „dźwignąć”, to by go nie dźwignął nawet… W sejfie klucz, ze smyczką. Smyczka z napisem. Z jednej strony „Remove before flight”, a z drugiej „TYSKIE, AIR SHOW 2015″.

aaaaa!

Skąd tu, w takiej dziurze tytułem Końskie, w jakimś zwykłym sklepie spożywczym z nie byle jakim sejfem, klucz ze smyczką z Air Show!? Nie wiem, pojęcia nie mam, ale jedno wiem: ja tę smyczkę muszę mieć!
-Hubert Urbański, Milionerzy, witam państwa. Na fotelu naprzeciw mnie siedzi dzisiaj Tomek. Tomek stoi właśnie przed odpowiedzią na pytanie, ostatnie pytanie, o milion złotych. Tomku, posłuchaj, skup się i udziel poprawnej odpowiedzi. Jesteś gotów?
-Jestem.
-Pytanie brzmi następująco:
Co należy zrobić, aby wejść w posiadanie używanej przez jakiś sklep w Końskich smyczki z Air Show 2015 w Radomiu, wiszącej przy kluczyku wetkniętym w nie byle jaki sejf, w którym być może jest 1000 zł, być może 5000 zł, a być może nie ma tam nic?
a) wykorzystać moment nieuwagi, zabrać kluczyk ze smyczką, uciec gdzie pieprz rośnie a potem na wszelki wypadek pierdyknąć w Bieszczady.
b) poprosić, kulturalnie i grzecznie, może się uda, jak się uda to być happy i ładnie podziękować, jak się nie uda, to nie być happy i zapamiętać im to wykroczenie do końca życia.
c) zabrać kluczyk z sejfem i pierdyknąć w Bieszczady, mieć przy tym i smyczkę i sejf i zawartość sejfu
d) obejść się smakiem, poczekać do Air Show 2017, może będą mieć kilka przeterminowanych smyczek…
Tomku, a, b, c, czy d? Przypomnę tylko jeszcze że nie masz kół ratunkowych, oraz że w dowolnym momencie możesz zrezygnować z gry i odejść z tym, co już wygrałeś… Jaka jest Twoja decyzja?
-Hmmm…
No kurde. Ludzie! Nie jestem jakimś maniakiem, sytuacja życiowa trochę mi się zmieniła i lotnictwo – bardzo, baaardzo delikatnie, ale jednak – zeszło na drugi plan, nie doszło jeszcze do tego, ze kupuję malowanki z samolotami, klocki lego z samolotami, gazetki dla dzieci tuż po 3 roku życia w którym są naklejki z samolotami, ale smyczka z Air Show wypatrzona gdzieś na sklepie „miliun kilomjetrów od doma” musi być moja.
Chociaż chwila… gazetkę z naklejkami z samolotami mam… No, dobra, nieważne…
Zasadniczo, to właściwie sprawa nie jest taka prosta, bo co: co mam powiedzieć obcej kobiecie? Ze chce tą smyczkę, bo co? Z drugiej strony – jak zacząć temat w ogóle? Dziwne trochę, bo właściwie wiem co chce, wiem od kogo i wiem dlaczego, ale nie wiem jak to wytłumaczyć i od czego zacząć…
Ale się nie poddam, bez smyczki nie wyjdę.
Krótka rozkminka i… odpowiedz b, sposobem krótkim i bezpośrednim.

A więc:
„Łooooo, proszę Pani, widzę u Pani smyczkę z Air Show z 2015 roku, ja ją muszę mieć, klucz i sejf mnie nie interesuje, za to smyczka bardzo… ja mogę nawet zapłacić za tą smyczkę, albo dać inną na wymianę, ale – jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało – nie opuszczę tego terenu bez tego elementu, ponieważ zbieram suweniry z Air Show ze wszystkich edycji, a z edycji 2015 pamiątki żadnej nie mam, a poza tym ogólnie interesuję się lotnictwem i będzie to kolejny element „upolowany w terenie” który wzbogaci moją kolekcję”.
„Pfff, proszę pana, nie dam panu tej smyczki ponieważ ona musi być przy tym kluczu do sejfu, bo ja muszę wiedzieć gdzie jest ten klucz jak nie ma go przy sejfie a już się nauczyłam, że klucz ma czerwoną smycz i koniec… ale pan poczeka, bo ja tych smyczek miałam pełno, powinnam mieć przy kluczach od domu jeszcze, to panu dam…”
Kobieto, niech Ci Bóg w dzieciach wynagrodzi…
Faktycznie, wyszedłem ze smyczką, odczepioną od kluczyków od prywatnego auta tej pani. Ponadto dowiedziałem się, że gadżetów lotniczych związanych z Air Show sklep tej pani miał mnóstwo i jeszcze na początku tego roku pełno różnych elementów, począwszy od długopisów, przez smyczki, po breloczki z logo Air Show 2015, na tym sklepie się bezpańsko poniewierało…
Na chwilę obecną nie wiadomo, gdzie to się poniewiera i czy w ogóle jeszcze ma to miejsce, ale zobligowałem panią, żeby jak coś znajdzie, oddała to w dobre ręce. Moje, znaczy się.
Ponieważ istnieje ryzyko, że temat się urwie, pójdzie w zapomnienie, zamierzam się sukcesywnie raz na jakiś czas przypominać, dopytywać, naciskać, jeśli nic się nie znajdzie, żeby się znalazło…

Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.