wpis zawiera lokowanie produktu: o Smoleńsku raz jeszcze…

przez , 26.mar.2017, w Na każdy temat

„Edmund Klich. Moja czarna skrzynka” – Michał Krzymowski.

„-Jest pan w stanie oszacować, jaki procent odpowiedzialności za Smoleńsk leży po polskiej stronie, a jaki – po rosyjskiej?
-70-80 proc. winy polskiej i 20-30 proc. – rosyjskiej. Po naszej stronie oczywiście jest tego więcej, bo siłą rzeczy u nas wyszło więcej zaniedbań systemowych. Nigdy nie zgodzę się z tym, że za Smoleńsk winę ponoszą piloci. Oni są tylko bramkarzami błędów całego systemu, wyłapują to, co zawalili inni. Jeśli działali źle, to dlatego, że byli nieodpowiednio wyszkoleni, mieli za mało wylatanych godzin, nie ćwiczyli na symulatorach, nie byli przygotowani do współpracy w załodze, specpułk i Dowództwo Sił Powietrznych nie zapewniło im odpowiednich procedur.”

Kojarzysz piosenkę z reklamy radiowej i telewizyjnej, w wykonaniu Eweliny Lisowskiej, o włączaniu niskich cen? Na pewno kojarzysz, bo na wymioty zbiera, jak się ją po raz n-ty słyszy. Przynajmniej mnie.

Tak samo na wymioty mnie zbiera, jak słyszę o Smoleńsku…

Mijają już 84 miesiecznicę od katastrofy, a wraku jak nie było, tak nie ma, tak jak i nie ma trotylu na skrzydłach, pancernej brzozy, zamachu, sensownej akcji w Modzie na Sukces i pestek w bananach. Nie ma i nie będzie.

Mimo to przeczytałem kolejną książkę na ten temat, śmiem twierdzić że najbardziej obiektywną, bezstronną i taką „prawdziwą”. Co ciekawe – wśród tylu opracowań poświęconych tragedii sprzed 7 lat, każde z nich jest zupełnie inne, mam wrażenie że pisane pod kątem poglądów politycznych ich autorów. Jak ktoś lubi „tych”, to napisze w taki sposób, a jak lubi „tamtych”, to napisze w inny sposób, odpowiednio manipulując posiadaną wiedzą, lub jej brakiem. Taka papierkowa wojna polityczna…

Wywiad z Panem Klichem uświadomił mi dwie rzeczy;
po pierwsze: jak wielki bałagan panował w tym kraju po Katastrofie, jak bardzo brakowało organizacji w takich zwykłych, prostych, a jakże niezbędnych sprawach, jak tłumacz technicznego języka rosyjskiego tam na miejscu, w pierwszych godzinach i dniach po tym wydarzeniu, oraz
po drugie: że ten bałagan trwa do dzisiaj, że nigdy nie zostanie posprzątany i – co ciekawe – wcale nie dlatego, że komuś to „jest na rękę”, tylko dlatego, że nie ma „odkurzacza”, który sprzątnąłby nawarstwiający się od samego początku po dziś dzień syf.

 

W 1977 roku na Teneryfie zderzyły się ze sobą dwa Boeingi 747. Zginęło grubo ponad 500 osób. Jeden z samolotów spłonął doszczętnie. Mimo tego śledztwo, które wskazało mnóstwo nieprawidłowości, które skumulowane doprowadziły do zdarzenia, trwało półtora roku.
Dwa największe samoloty na świecie.
Dwa nowe samoloty, raptem 8 lat na rynku.
Lata siedemdziesiąte.
Bez komisji sejmowych.
Dało się?

Zostaw komentarz więcej...

Wpis zawiera lokowanie produktu: „Świadomość, że zabiłem pięć milionów Żydów, powoduje…

przez , 22.mar.2017, w Na każdy temat

„…że z uśmiechem skoczę do grobu. To dla mnie wielka satysfakcja i nagroda” – Adolf Eichmann.

Naziści. Ikony zła.” – Bartłomiej Mrożewski.

„W dniu 19 kwietnia 1943 roku o 6 rano, gdy rozpoczęła się operacja likwidacji getta, Stroop siedział w swojej kwaterze i czekał na wieści. Ponad 800 SS-manów, wspieranych przez czołg i samochody pancerne, wkroczyło do getta.
Stawiany przez Żydów i bandytów opór mógł zostać złamany tylko przez energiczną i niezmordowaną, trwającą dzień i noc akcję bojową oddziałów szturmowych. 23.4.1943 Reichsfuhrer SS za pośrednictwem dowódcy SS i policji wschód w Krakowie wydał rozkaz przeszukania z największą bezwzględnością i nieubłaganą surowością getta warszawskiego. Dlatego też zdecydowałem się teraz na całkowite zniszczenie żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej przez spalenie wszystkich bloków mieszkalnych, łącznie z blokami przy zakładach zbrojeniowych.

(…)

Nieraz żydzi pozostawali w płonących domach tak długo, aż wreszcie z powodu żaru i z obawy przed śmiercią w płomieniach woleli wyskakiwać z pieter po uprzednim zrzuceniu na ulicę materaców i innych wyściełanych przedmiotów. Z połamanymi kośćmi usiłowali się oni potem jeszcze czołgać przez ulicę do bloków, które bądź wcale, bądź tylko częściowo stały w płomieniach.

(…)

W toku dzisiejszej akcji spalono szereg bloków mieszkalnych. Jest to jedyna i ostateczna metoda, aby zmusić tę hołotę i tych podludzi do wyjścia na powierzchnię. Rezultat dzisiejszej akcji: 30 Żydów przeznaczono do obozu. 1330 Żydów wyciągnięto z bunkrów i natychmiast zgładzono. 362 Żydów zastrzelono w walkach. Ogółem ujęto w dniu dzisiejszym 1722 Żydów. W ten sposób ogólna liczba ujętych Żydów wzrosła do 29186. Poza tym według wszelkiego prawdopodobieństwa zginęło wielu Żydów w wysadzonych w powietrze bunkrach i wskutek powstałych pożarów.

(…)

Była żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie przestała istnieć. Wielka akcja została zakończona wysadzeniem w powietrze warszawskiej synagogi o godzinie 20:15. [...] Ogólna liczba ujętych i na pewno zgładzonych Żydów wynosi 56 065.”
Jurgen Stroop.
„Jeśli kiedyś tu czy tam jakaś płaksa ze łzami w oczach biadoliła, że to, co się działo z Żydami, jest przerażające, to taką osobę trzeba spytać, czy dzisiaj nadal jest tego zdania. Gdybyśmy dzisiaj mieli w kraju te dwa miliony w pełni aktywnych Żydów, a z drugiej tych niewielu niemieckich mężczyzn, nie bylibyśmy już panami sytuacji. Że się to nie spodoba Żydom w świecie, z tym się liczyliśmy, ale nam to jest obojętne. Żydzi to rasa, którą trzeba wytępić, jeśli któregoś dopadniemy, to po nim.”
Hans Frank.

Swego czasu dość intensywnie przymierzałem się do przeczytania „Mein Kampf”. Intensywne przymiarki spełzły na niczym, właściwie sam nie wiem, dlaczego. Może miałem pod ręką milion innych ciekawszych zajęć, a być może gdzieś niekoniecznie chciałem czytać o człowieku, który pozbawił życia tak wielu ludzi.
Tymczasem właściwie w ciągu tygodnia przeczytałem niespełna 200-stronnicową książkę o dziewięciu największych zbrodniarzach będących częścią „Hitlerowskiej Maszyny Zabijania”.
Jestem zszokowany. Zwykli ludzie, inteligentni, z dobrych domów, zdolni i wychowani, często z szansą na spokojne, dostatnie życie, w momencie styczności z ideologią Hitlera – czasem przez przypadek, czasem przez kolegów – jakby im ktoś klapki na oczy założył, jednocześnie wymazując wszelkie ludzkie uczucia, wszelkie skrupuły. A zamiast tego: poczucie wyższości, pozbawione emocji zabijanie oraz poczucie dumy i satysfakcji z wypełnienia kolejnego rozkazu…
To nie jest książka o ikonach zła. To jest książka o największych sk********** tamtych czasów, o diabłach w ludzkiej skórze, którym nikt i nic nie mogło przeszkodzić w wykonywaniu powierzonych im funkcji.
Przykra prawda tamtych czasów…
I dopiero teraz tak na prawdę człowiek zastanawia się, kto właściwie był gorszy… Hitler, który wydawał rozkazy, mówił co i jak robić, czy odpowiedni, bezwzględni ludzie na stanowiskach, którzy ślepo, bez zastanawiania się nad zasadnością, wprowadzali te rozkazy własnymi rękami w życie…

Zostaw komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: historia opisana chłodno…

przez , 08.sty.2017, w Na każdy temat

Mgła” – Maria Dłużewska, Joanna Lichocka

„Mam poczucie, że wszystko, co się wydarzyło, ta katastrofa, jest wynikiem pewnych działań trwających prawie trzy lata. Tej polityki, którą rząd prowadził w stosunku do prezydenta. Tego obniżania rangi prezydenta. Przeszkadzania mu w różnego rodzaju działaniach.”

(…)

„Chodziło o to, żeby kolumna z panem premierem Donaldem Tuskiem była na miejscu tragedii pierwsza. Chodziło o to, żeby na tyle powstrzymać autobus z Jarosławem Kaczyńskim, żeby premier Tusk mógł być pierwszy na miejscu katastrofy. Inaczej – żeby Jarosław Kaczyński swoją obecnością nie zepsuł eventu, jaki zaplanował sobie na miejscu tragedii pan premier Tusk. To cała prawda. (…) Myślę że dla Putina PR-owski wydźwięk katastrofy też był bardzo ważny. Przecież oczywiste jest, że Rosjanie musieli za wszelką cenę zmyć z siebie wszelki, nawet najmniejszy cień podejrzeń. Dwa Katynie w historii?? To za dużo! To się nie miało prawa zdarzyć! To było niewygodne dla Rosjan i musieli zrobić wszystko, żeby przynajmniej wyglądało na to, że pomagają, że starają się, że robią wszystko, żeby pomóc.”

(…) 

„W pewnym momencie na korytarzu spotkaliśmy dwóch funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa. (…) Zapytali, czy nie chcemy stąd wyjechać. Mówimy: wyjedziemy, ale najpierw musimy przygotować jutrzejszą uroczystość… powtarzamy to, co przed chwilą im powiedzieliśmy. Oni na to, że na naszym miejscu by wyjechali, bo w Rosji jest tak, że ci, którzy są pierwsi na miejscu wypadku, czasami giną w niewyjaśnionych okolicznościach i zapytali: „A wiecie, co się stało z kontrolerami lotu?” Nie muszę tłumaczyć… cała noc była nieprzespana. Jedyne, co zrobiliśmy, to zastawiliśmy szafą drzwi do pokoju i tak do rana wegetowaliśmy, czekając na świt.”

 

Przeczytałem.
Szczerze?
Moje pierwsze pytanie po przeczytaniu ostatniej kartki: po co ktoś to w ogóle napisał…?
I od razu drugie pytanie: po co ja to w ogóle przeczytałem?
Chyba tylko po to, żeby dać mi okazję do wyrażenia mojej prywatnej opinii na temat tej tragedii, a żeby nie pisać jej tak „z czapy”, to żeby wesprzeć się jej treścią.
Czyli tak:
Wywiady z ludźmi z otoczenia prezydenta, ich odczucia, reakcje, przebieg wydarzeń, obserwacje i spostrzeżenia, bez jednoznacznego wskazywania winnych, bez jednoznacznego opowiadania się za którąś opcją, bez zrzucania winy na jakąkolwiek stronę.
Przeczytałem i stwierdzam, że to taka trochę baśń. Bo niby nigdzie nie pada stwierdzenie, że winny jest pan T., a jednocześnie między wierszami czuć, że wszyscy wskazują na jego winę. Niby nigdzie nie pada stwierdzenie, że winnymi katastrofy są Rosjanie, ale miedzy wierszami da się wyczuć, że nikt inny, tylko oni. Niby nigdzie nie pada stwierdzenie, że to „partia partii zgotowała ten los”, ale jak się uważnie wczytać, to znajdzie się momenty (nawet całkiem sporo), gdzie jedyny wniosek jaki się nasuwa po dokończeniu akapitu, brzmi „aha, czyli gdyby nie oni, nic by się nie zdarzyło…”.
Moja opinia jest taka: Samoloty rozbijają się co jakiś czas wszędzie. Zamachy terrorystyczne też mają miejsce co jakiś czas, też wszędzie. Nie twierdzę, że Rosjanie w komitywie z panem T. zestrzelili samolot żeby pozbyć się kogoś kto im przeszkadzał, nie twierdzę że to sprawa bomby, brzozy, niewyszkolonych kontrolerów albo nacisków na załogę. Nie twierdzę też że samolot rozbił się tak sam z siebie – wszyscy doskonale wiemy, że ś.p. Prezydent nie był lubiany i że wszelkie ślady na niebie i na ziemi, włącznie z faktem, że od 6 lat wrak samolotu jakoś nie może wrócić do kraju chciał nie chciał muszą dawać do myślenia.
Ale patrzę też na to z trochę innej perspektywy – przez pryzmat mojego hobby. I stwierdzam, że samolot był stary, załoga raczej średnio przygotowana, lotnisko nie spełniało wymogów do bezpiecznego przyjęcia samolotu, a warunki pogodowe były poniżej minimum.

Nie jestem specjalistą, ale tak na zdrowy rozum próżno szukać dowodów na zamach, śladów bomby i trotylu, kiedy samolot z niespełna setką najważniejszych osób w państwie na pokładzie za wszelką cenę, wbrew wszelkim procedurom szuka w gęstej mgle lotniska, świadomie narażając się na ryzyko rozbicia…
Mgła…
Właściwie teraz dopiero rozumiem, skąd tytuł… Tu chyba nie chodzi o mgłę tamtego poranka, tylko o mgłę jako metaforę niejasności i tajemniczości otaczającej całe to wydarzenie od momentu zaistnienia, trwające do teraz i nie wiadomo jak długo jeszcze…
Natomiast książka… Ogólnie ok, można przeczytać, jak się nie ma pod ręką akurat Kubusia Puchatka i Hefalumpów, albo czegoś podobnego z gatunku…

 

Zostaw komentarz więcej...

Też bądz bohaterem…

przez , 27.gru.2016, w Na każdy temat

Tak się czasem zastanawiam w jakim kraju ja żyje właściwie…
Był sobie atak w Berlinie. Jakby na to nie patrzeć, bez wdawania się w szczegóły, wziął w nim udział Polak. Zginął, znaczy poległ w walce. Walczył o kierownicę własnego auta.
Strach i przerażenie mnie bierze, jak sobie pomyślę, że zwykły zjadacz chleba pojechał w ramach obowiązków wynikających z jego pracy i zginął, bo jakiś „obcy” postanowił, że to właśnie jemu podprowadzi się ciężarówkę i wykorzysta – w tym przypadku – akurat w taki a nie inny sposób. Jednak jeszcze większy strach i jeszcze większe przerażenie mnie bierze, jak sobie pomyślę, że ten zwykły zjadacz chleba stał się nagle bohaterem.
Bohaterem, bo walczył o swoje auto. To znaczy jechał (tudzież stał), siedział za kierownicą, a tu nagle niespodzianka, ktoś mu się za tą kierownicę pcha. No to on się broni, walczy o swoje. Atakujący nie może dać sobie rady, no to raz go nożem, drugi raz go nożem i na koniec jeszcze raz go z pistoletu. Czyli walczył, walczył, ale nie wywalczył. No bohater…
Chwilę po tej tragedii, usłyszałem w pewnym radio, że zebrano już kilkaset tysięcy podpisów pod petycją w sprawie odznaczenia walecznego Polaka orderem za coś tam (wybacz, nie pamiętam za co).
Bo gdyby nie Polak, nie jego opór, nie jego w końcu śmierć, rozmiary tragedii byłyby większe…
Zaprawdę powiadam Wam: litości…
Po pierwsze.
Żeby była jasność: współczuję Jego rodzinie, szkoda człowieka. Ale bohaterem to On – z całym szacunkiem – absolutnie dla mnie nie jest. Bo jakie tu bohaterstwo? Gdzie tu Ci ono? Czym się przejawiło? Ja to widzę tak: jadę sobie autem, ktoś mi się pakuje na moje miejsce – normalny odruch, że o nie walczę, na wszelki możliwy sposób. Tym bardziej, gdy dzieje się to w trakcie jazdy. Czy każdy walczący o kierownicę swojego samochodu człowiek, jest bohaterem?
No dobra, walczył o kierownicę z kimś, kto planował zrobić z niej niekoniecznie pozytywny uczynek. ALE przecież walcząc, nie miał pojęcia, że walczy z „terrorystą”…
Ktoś tu się chyba za dużo reklam pewnego marketu budowlanego naoglądał. Bohaterem to On był sam dla siebie – parafrazując – w swojej ciężarówce, sam dla siebie. Nie dla mnie, nie dla kraju. Według mnie nie zrobił nic, co pozwoliłoby nazywać go bohaterem.
Chyba że… człowiek idący po bułki do sklepu na śniadanie, potrącony śmiertelnie na przejściu dla pieszych, też jest bohaterem, którego heroiczny marsz po żywność poprzez miejską dżunglę został permanentnie bestialsko ukrócony przy pomocy stada kilkudziesięciu koni mechanicznych skrzętnie skrytych dla niepoznaki pod nieocynkowaną karoserią Volkswagena Passata kombi w kolorze czerwonym…
Po drugie.
Ktoś kiedyś przy okazji tragedii Smoleńskiej powiedział, że 96 osób w rozbitym Tupolewie zginęło śmiercią męczeńską i że też są to bohaterowie… No to zaraz. Coś się tu nie klei, no ale dobra: jak zginęli Ci w Smoleńsku, a jak zginął ten w Berlinie… Kim byli dla narodu Ci w Smoleńsku, a kim dla narodu był ten w Berlinie? Co takiego „bohaterskiego” uczynili i jedni i drudzy, żeby ich nazywać Bohaterami?
Moim skromnym zdaniem i jedni i drudzy nie uczynili nic…
Po trzecie.
Skąd właściwie wiadomo, że ofiar byłoby więcej, gdyby nie reakcja Polskiego kierowcy w postaci walki o odebranie kierownicy? Nie wiadomo właściwie, można tylko spekulować. Tymczasem Polski kierowca jest bohaterem, bo PRAWDOPODOBNIE uratował wiele ludzi i zmniejszył rozmiary katastrofy…
Na tej zasadzie również Ty jesteś bohaterem, bo prawdopodobnie przechodząc w maju 2013 roku przez ulicę wymusiłaś hamowanie pewnego samochodu, który gdyby nie Ty, wypadłby z drogi i zabił kierowcę…
Po czwarte.
Załóżmy, że Polski kierowca z Berlina jest bohaterem, tak jak i Ci co polegli pod Smoleńskiem, też nimi są.
No to co teraz? Dwie „miesięcznice” w miesiącu? Czy może pomnik ciężarówki przed sejmem? No bo że zostanie pochowany na Wawelu, to chyba nie ulega żadnej wątpliwości…

 

Wiesz co, może ten wpis wyda się dziwny, ale czasami na serio zastanawia mnie, kto i po co wymyśla takie bzdury o tym bohaterstwie w takich sytuacjach. Czy ludzie nie znają definicji słowa „bohater”, czy chcą się dowartościować, czy może pokazać, że „gdyby nie my, Polacy, to…”. Nie wiem, nie rozumiem skąd się to bierze i jaki ma to cel.
Tak jak mówiłem, jest przykro, że zginał niewinny człowiek. Oczywiste, że go szkoda, ale to nie powód, żeby robić z niego kogoś nadzwyczajnego poprzez to, w jakich okolicznościach zginął i co w tej sytuacji zrobił. Jak swego czasu świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński nadużywał ogłaszania „żałoby narodowej” przy pierwszej lepszej okazji, kiedy zginęło więcej niż 10 osób wykonujących jakąś „reprezentacyjną” czynność, tak teraz ktoś podobnie, choć w mniejszej – na szczęście – skali, zaczyna nadużywać słowa „bohater”…
W jakim kraju ja żyje…?

ps. Mam taką prośbę do czytelników: jeśli kiedyś nastąpi tu oficjalne zakończenie prowadzenia tego bloga, bardzo proszę, żeby ktoś ten blog zgłosił do Polskiej Agencji Prasowej. Może znajdzie się tam ktoś, kto jeszcze zdoła mnie wcisnąć na listę stu najlepszych felietonistów XXI wieku…
Tak tak, wiem… Nie napisałem żadnego felietonu…
Ale czy to ma jakieś znaczenie…

Zostaw komentarz więcej...

Smycz…

przez , 13.gru.2016, w O hobby na blogu

„Nadeszła godzina ciężkiej próby! Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że Polski jesteśmy warci. Rodacy! Wobec całego narodu polskiego i wobec całego świata pragnę powtórzyć te nieśmiertelne słowa: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy!”.
Pamiętam te słowa, jakby to było wczoraj. Ten ton, to zdecydowanie, spokój. Decyzja zapadła, stan wojenny – czas start. Coś tak nienaturalnego, a jednocześnie – jak mogłoby być inaczej? Wówczas – konieczność, choć dziś z perspektywy czasu – niepotrzebny zabieg, niczym zastrzyk znieczulający zaaplikowany do świeżo amputowanej nogi… Pamiętam ten poranek… poranek 13 grudnia 1981, kiedy Telerankowy Kogut przybrał nieco inną formę…

 
Chociaż…

Chociaż nie, przepraszam… Nie pamiętam tego poranka.
Urodziłem się w 1986 roku…

Nieważne, ten wpis i tak nie będzie miał żadnego związku ze Stanem Wojennym.

 

Byłem sobie dziś w ramach swoich obowiązków pracowniczych w Krow… ekhm, w Końskich. Dzień jak co dzień, trasa jak co drugi wtorek. Sklepy raczej też te co zwykle, może tylko towaru trochę więcej. I oto wchodzę na jeden z nich, sprawdzam towar i czekam na podpisanie faktury, w międzyczasie z nudów błądząc po pólkach, biurkach, szafkach i czym tam jeszcze się da w pomieszczeniu imitującym biuro, w którym aktualnie jestem. To znaczy błądzę oczywiście wzrokiem… I nagle dostrzegam sejf. Spory całkiem. Nie taki pierwszy lepszy sejf, który da sie kupić w każdym byle jakim sklepie z sejfami, tylko taki poważny sejf, najpoważniejszy ze wszystkich, jakie w swoim życiu widziałem. To nic, że w swoim życiu sejfy widziałem dwa… Ten zrobił wrażenie, wyglądał na masywny, ciężki, kupa stali, jakby go chciał „dźwignąć”, to by go nie dźwignął nawet… W sejfie klucz, ze smyczką. Smyczka z napisem. Z jednej strony „Remove before flight”, a z drugiej „TYSKIE, AIR SHOW 2015″.

aaaaa!

Skąd tu, w takiej dziurze tytułem Końskie, w jakimś zwykłym sklepie spożywczym z nie byle jakim sejfem, klucz ze smyczką z Air Show!? Nie wiem, pojęcia nie mam, ale jedno wiem: ja tę smyczkę muszę mieć!
-Hubert Urbański, Milionerzy, witam państwa. Na fotelu naprzeciw mnie siedzi dzisiaj Tomek. Tomek stoi właśnie przed odpowiedzią na pytanie, ostatnie pytanie, o milion złotych. Tomku, posłuchaj, skup się i udziel poprawnej odpowiedzi. Jesteś gotów?
-Jestem.
-Pytanie brzmi następująco:
Co należy zrobić, aby wejść w posiadanie używanej przez jakiś sklep w Końskich smyczki z Air Show 2015 w Radomiu, wiszącej przy kluczyku wetkniętym w nie byle jaki sejf, w którym być może jest 1000 zł, być może 5000 zł, a być może nie ma tam nic?
a) wykorzystać moment nieuwagi, zabrać kluczyk ze smyczką, uciec gdzie pieprz rośnie a potem na wszelki wypadek pierdyknąć w Bieszczady.
b) poprosić, kulturalnie i grzecznie, może się uda, jak się uda to być happy i ładnie podziękować, jak się nie uda, to nie być happy i zapamiętać im to wykroczenie do końca życia.
c) zabrać kluczyk z sejfem i pierdyknąć w Bieszczady, mieć przy tym i smyczkę i sejf i zawartość sejfu
d) obejść się smakiem, poczekać do Air Show 2017, może będą mieć kilka przeterminowanych smyczek…
Tomku, a, b, c, czy d? Przypomnę tylko jeszcze że nie masz kół ratunkowych, oraz że w dowolnym momencie możesz zrezygnować z gry i odejść z tym, co już wygrałeś… Jaka jest Twoja decyzja?
-Hmmm…
No kurde. Ludzie! Nie jestem jakimś maniakiem, sytuacja życiowa trochę mi się zmieniła i lotnictwo – bardzo, baaardzo delikatnie, ale jednak – zeszło na drugi plan, nie doszło jeszcze do tego, ze kupuję malowanki z samolotami, klocki lego z samolotami, gazetki dla dzieci tuż po 3 roku życia w którym są naklejki z samolotami, ale smyczka z Air Show wypatrzona gdzieś na sklepie „miliun kilomjetrów od doma” musi być moja.
Chociaż chwila… gazetkę z naklejkami z samolotami mam… No, dobra, nieważne…
Zasadniczo, to właściwie sprawa nie jest taka prosta, bo co: co mam powiedzieć obcej kobiecie? Ze chce tą smyczkę, bo co? Z drugiej strony – jak zacząć temat w ogóle? Dziwne trochę, bo właściwie wiem co chce, wiem od kogo i wiem dlaczego, ale nie wiem jak to wytłumaczyć i od czego zacząć…
Ale się nie poddam, bez smyczki nie wyjdę.
Krótka rozkminka i… odpowiedz b, sposobem krótkim i bezpośrednim.

A więc:
„Łooooo, proszę Pani, widzę u Pani smyczkę z Air Show z 2015 roku, ja ją muszę mieć, klucz i sejf mnie nie interesuje, za to smyczka bardzo… ja mogę nawet zapłacić za tą smyczkę, albo dać inną na wymianę, ale – jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało – nie opuszczę tego terenu bez tego elementu, ponieważ zbieram suweniry z Air Show ze wszystkich edycji, a z edycji 2015 pamiątki żadnej nie mam, a poza tym ogólnie interesuję się lotnictwem i będzie to kolejny element „upolowany w terenie” który wzbogaci moją kolekcję”.
„Pfff, proszę pana, nie dam panu tej smyczki ponieważ ona musi być przy tym kluczu do sejfu, bo ja muszę wiedzieć gdzie jest ten klucz jak nie ma go przy sejfie a już się nauczyłam, że klucz ma czerwoną smycz i koniec… ale pan poczeka, bo ja tych smyczek miałam pełno, powinnam mieć przy kluczach od domu jeszcze, to panu dam…”
Kobieto, niech Ci Bóg w dzieciach wynagrodzi…
Faktycznie, wyszedłem ze smyczką, odczepioną od kluczyków od prywatnego auta tej pani. Ponadto dowiedziałem się, że gadżetów lotniczych związanych z Air Show sklep tej pani miał mnóstwo i jeszcze na początku tego roku pełno różnych elementów, począwszy od długopisów, przez smyczki, po breloczki z logo Air Show 2015, na tym sklepie się bezpańsko poniewierało…
Na chwilę obecną nie wiadomo, gdzie to się poniewiera i czy w ogóle jeszcze ma to miejsce, ale zobligowałem panią, żeby jak coś znajdzie, oddała to w dobre ręce. Moje, znaczy się.
Ponieważ istnieje ryzyko, że temat się urwie, pójdzie w zapomnienie, zamierzam się sukcesywnie raz na jakiś czas przypominać, dopytywać, naciskać, jeśli nic się nie znajdzie, żeby się znalazło…

Zostaw komentarz więcej...

Miałem sen…

przez , 05.lis.2016, w Na każdy temat

Kilka słów o serii snów, które niegdyś nawiedzały mnie niczym jakiś serial, w którym z odcinka na odcinek działo się coś nowego.
Jeśli już kiedyś o tym pisałem, to przepraszam, nie pamiętam.
Może kiedyś miał ktos cos podobnego, może ma nadal, a może miałem tak tylko ja – tego nie wiem. Ale warto o tym wspomnieć, bo to dość ciekawe zjawisko.
Tak sądzę…
Zaczęło się niby niewinnie:
Spacer, blizej nieokreśloną ulicą w jakimś mieście. Idę sobie, ktoś idzie obok mnie, ktoś kogo znam, ktoś z kim swobodnie rozmawiam. Idziemy, przechodzimy przez ulicę, droga jak droga, nic specjalnego. Nagle, idąc tym chodnikiem i rozmawiając, dociera do mnie sygnał, że tak jakby moje stopy nie mają kontaktu z podłożem, znaczy nie dotykają ziemi. Sygnał trwa krótko, ale spoglądam w dół. Faktycznie – moje stopy nie mają kontaktu z podłożem. Idę, jak gdyby nigdy nic, tyle że 15 centymetrów nad ziemią. Trwa to chwilę, po czym opadam i idę dalej normalnie.
Szok, przerażenie. Co to się stało? Czemu tak? Czy ktoś to widział poza mną i czy to aby na pewno miało miejsce? Lewitowałem, krótko, przez przypadek, nieświadomie.
Obudziłem się zlany potem, wystraszony, bałem się wstać z łózka.
Wyobraż sobie to w rzeczywistości: idziesz z zakupami z Biedry, a nagle odlatujesz, unosisz się do góry bez niczyjej pomocy, nie wiadomo dlaczego. Coś spowodowało że grawitacja przestała na chwilę działać, a Ty nie wiesz co, dlaczego, jakim sposobem i co z tym dalej…
Jakiś czas pózniej, nie jestem w stanie stwierdzić, jak długo dokładnie, śni mi się, że jestem w domu, wychodzę na zewnątrz i nagle zaczynam unosić się w powietrzu, tym razem na wysokosć dachu domu, szybko, gwałtownie, czuję że trace w powietrzu rownowagę, po czym natychmiast gwałtownie, a jednocześnie bezboleśnie ląduję na ziemi. Znowu czuję strach, znowu nie wiem co jest grane, wracam do domu i zaczynam się zastanawiac, czy ktoś to widział, czym to jest spowodowane i co mam z tym dalej zrobić.
Mam w tym śnie świadomość, że powinienem o tym komuś powiedzieć – rodzice nie wiedzą. Mam też świadomość, że skoro latam i robią się w tej kwestii postępy, to pewnie muszę to potrafić jakoś kontrolować. Tylko jak?
Troche koszmar. Koszmar, w którym nie ma właściwie ani jednego potwora, nie ma się czego bać. Jest tylko jedna niewiadoma: o co chodzi?
Kolejnym razem, znów po upływie jakiegos kawałka czasu, śni mi się że jestem w lesie. Idę ścieżką na której leży przewrocone drzewo. Usiłuję je przeskoczyć, więc – niczym Mario z popularnej niegdyś gry – uginam nogę w kolanie i lekkim podskokiem…aktywuję lewitację. AHA! Czyli tak to działa!
Dopóki noga w kolanie zgiętą, nabieram wysokości! Jak wyprostuję, lecę do przodu. Taki bajer. I znów: w tym śnie, w tym – nazwijmy to – odcinku, mam świadomość poprzednich snów, przypominam sobie te poprzednie razy i – o dziwo, pomimo że to sen – zaczyna mi się to wszystko układać w logiczną całość. Logiczną, choć ogółem sam fakt lewitacji jest z czapy wziety! I tego też mam świadomość… Burza mózgów. Ludzie nie potrafią latać, a ja potrafię, na dodatek umiem to w jakis sposób aktywować, panować nad tym, mieć to pod kontrolą. Mam świadomość, że nie w pełni jeszcze z tą kontrolą, mam teź świadomość, ze to zupełnie nieprawdopodobne, że mam taki „dar”, taką „umiejętność”.
I teraz w tym śnie wygląda to tak: wrócę do domu i powiem rodzicom, ze jestem dziwny – umiem latać kiedy chcę! WOW! Nieprawdopodobne.NIE-PRAW-DO-PO-DOB-NE. Pewnie mi nie uwierzą, ale co tam – pokażę im, no przecież umiem!
Kolejny odcinek śnił mi sie znów za jakiś czas. Jestem w domu, w kuchni. Kręcę się w kólko, to znaczy „spaceruję” sobie po tej kuchni wzdłóz ścian. I nagle przychodzi mi przez główę pomysł, żeby pospacerować nieco nad ziemią… Hop, i już, niczym sprężyna „obiegam” kuchnię, pnąć się coraz wyżej i wyżej i wyżej, aż pod sam sufit.
A no właśnie, sufit…
Biały sufit… Przeszkadza mi ten sufit, bo jak mam sie piąć wyżej, jak sufit mi na drodze stanął. Pfff… łapię za ten sufit w kącie pomieszczenia i zdzieram go, składam, gnę niczym sreberko z czekolady… i wchodzę sobie na strych… i wyżej i wyżej i wyżej… O dziwo dach mi nie przeszkadzał, jestem już wysoko, widzę z góry ulice, domki, jak mapy na google maps. I nie podoba mi sie to już! Wiem jak to aktywować, wiem jak się wznosić i jak przestać, ale jak opaść? Tego nie wiem. Sięgam w tym aktualnym śnie w to co pamiętam z poprzednich snów odnośnie latania – czy ja już opanowałem sztukę powrotu na ziemię? Cholera, chyba nie! Zawsze w sumie wracałem, ale jakoś tak „z automatu”, nie z mojej własnej woli. Wznosiłem się w miarę pojawienia sie strachu! Jak tylko zbyt mocno się wystraszyłem, opadałem na ziemię…
Teraz już sie nie boję, co oznacza że odciąłem sobie drogę powrotną… Ale zaraz! Skoro jest sposób na kontrolę poprzednich etapów, to i sposób na kontrolę etapu powrotu musi być! I muszę go znalezc, zanim – i tu uwaga, w ten z ksieżyca wziety sen, wkrada sie autentyczna lotnicza wiedza – wyniesie mnie na 3000 metrów, gdzie tlenu jest tak mało, ze nie można oddychać…
Strach, panika! Co robić? Jak wrócić? Ach… no tak, z automatu, w końcu „strach, panika”… i już czuję, jak opadam spokojnie na ziemię…
To w pewnym sensie fascynujące, że śnię sen, który jest jakby kolejnym etapem nauki czegoś, co w życiu realnym się nie zdarza…
Kolejny odcinek: jestem w Kielcach, na Rynku. Obok rodzice. Ni stąd ni z owąd w głowie pojawia mi się Piotruś Pan. Rozłozone ręce, nogi razem – leci. I myśl: a może żeby lądować, wystarczy rozłożyć ręce, jak Piotruś Pan? Kurde! Ten pomysł wywołuje u mnie w tym śnie szybsze bicie serca. Skąd Piotruś Pan w mojej głowie w tym śnie- nie wiem. W rzeczywistości, w swiecie realnym jakoś nieszczególnie lubię tego bohatera. A we śnie w mojej głowie Piotruś jest szansą na opanowanie sztuki, którą posiadam tylko ja!
Śni mi się dalej, że wracam do domu, biegiem, rozemocjonowany, wpadam na podwórko i ćwiczę, sprawdzam czy to działa. Działa! Tak jest, umiem startować, wznosić się, opadać – pełna kontrola, choć czasem – o losie – z lekka mną zachwieje. Ale kwestia ćwiczeń. O dziwo podczas ćwiczeń okazuje się też, że umiem wyhamować swój lot po prostej, to znaczy lecąc, doprowadzić do takiego stanu, żeby zatrzymać się i wisieć w powietrzu nieruchomo – wystarczy że podczas lotu ułożę się niczym piłkarz podczas wślizgu, albo Bruce Lee podczas ciosu wyprostowaną nogą. Im bardziej wyprostuję nogę i odchylę się do tylu, tym intensywniej potrafię zahamować.
W kolejnym odcinku śni mi sie, że postanawiam w końcu powiedzieć o tym co umiem rodzicom. Idę więc do nic, staję na środku pokoju i mówię: „Mamo, Tato, muszę Wam coś powiedzieć. Umiem latać. Nie wiem skąd u mnie taka umiejętność, ale umiem latać, umiem się unieść w powietrze, zatrzymać, skręcić, opaść, wysoko, nisko, szybko, wolno. Umiem, chcecie zobaczyć?”
Jestem niezmiernie usatysfakcjonowany, że o tym mówię. Duma rozpiera, to piekne. Mówię o tym z emcjami w głosie, z podnieceniem. Odpowiedz rodziców podcina skrzydła: „No to dobrze, ale przecież każdy umie, nic nowego”.
Wiadro pomyj na twarzy. Syf, kiła i mogiła. No jak to „przecież każdy umie”? No jak „każdy umie” jak przecież widzę że nikt nie lata! Ludzie w samochodach, w autobusach, na rowerach, pieszo. Latających zero. Pytam: „jak to, przecież… przecież… no przecież… no jak? To po co ludziom pociągi, samochody, autobusy, jak umieją latać? W końcu po co samoloty, jaki to ma sens żeby ktoś kto umie latać tak jak ja pchał swoją dupę do samolotu i leciał, jak każdy moze se sam?”
Drugie wiadro: „No jak to po co? A po co to wszystko jest? Zeby się teraz zmarnowało bo ludzie potrafią sie przemieszczać w inny sposób? A poza tym czym byś się interesował, gdyby latali ludzie, a nie samoloty, hmm?”
Ból, rozpacz, rozczarowanie. Nie wierzę. Jak to się stało, że wszyscy latają, a ja nigdy nie latalem i nigdy nie widziałem nikogo, zeby leciał? Jak to się stało, ze nie wiedziałem wcześniej, że potrafię latać; dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?
Kolejny odcinek, zupełnie z czapy, choć w temacie nadal. Sni mi sie, że uczę się hamować – przechylam ciało, wystawiam nogę i stoję. Co ciekawe, uczę się tego na podwórku, biorac rozbieg na końcu i biegnąc w kierunku ulicy, po czym wzbijam się w powietrze i hamuję, kończąc lot tuz przed jezdnią… I tak raz, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty… Za którymś razem dzieje się rzecz niespotykana – przechylam ciało, wystawiam nogę, a reakcji brak, nie hamuję. I dociera do mnie powaga sytuacji: ulica, drzewa, a 300 metrów dalej linie wysokiego napiecia… Przechylam się jak tylko mogę, za wszelką cenę usiłuję zwolnić… jestem już nad ulicą i ani troche nie zmniejszyłem prędkośći… Pochylam się bardziej, napinam nogę, jestem równolegle do ziemi, zapieram się rękami o powietrze, niczego bardziej nie chcę, niż zahamować tu i teraz, w tym momencie, albo przynajmniej zwolnić, wymanewrować, skręcić, cokolwiek! Cokolwiek, byle tylko uniknąć spotkania z liniami! I mam świadomosć, ze nie mogę zrobić nic – zmierzam w kierunku tego cholernego prądu jakby ciągnięty za sznurek za tą wyprostowaną nogę owinięty! I już widzę te liny, już czuję że za chwilę koniec! Zamykam oczy i…
… budzę się zlany potem, z nogami na łózku ułożonymi tak, jak w ostatniej fazie lotu, ze skurczem w łydce i udzie, z oddechem jak po pólmaratonie…

Takie sny nawiedzały mnie co jakiś czas. Pamiętam to dosyć dobrze, jeśli miałbym powiedzieć, kiedy miały miejsce, to strzelałbym że jakieś 8-10 lat temu. Od tamtej pory nie śniło mi się to już ani razu więcej.
Gdybym miał powiedzieć, czym to było spowodowane, czemu śniły mi się takie bzdury – nie powiem, bo nie wiem, nie umiem tego logicznie uzasadnić. Czasem zdarzy mi się że myślę o czymś przed snem, albo coś mnie gnębi, dręczy, albo jakieś wydarzenie z mijającego dnia jakoś szczególnie wejdzie w głowę i pózniej w nocy – jakby w nawiązaniu do tego co się działo – człowiek śni albo podobną sytuację, albo z udziałem ludzi z rzeczywistości. Czym były spowodowane, wywołane, zainspirowane sny o nauce latania – nie umiem powiedzieć. Interesuję się lotnictwem, latałem w swoim życiu i jeszcze mam zamiar, tak czy inaczej nie widzę związku z tym tematem i tamtymi snami.
Nigdy wcześniej ani pózniej nie zdarzyło mi się, żebym śnił sen w odcinkach, żeby jedna historia była kontynuowana w kilku snach po jakichś przypadkowych odstępach czasu, ale często zdarza mi się być w snach wielokrotnie w tych samych miejscach, w których nigdy nie byłem na żywo, a potem skojarzyć je z tych snów, kiedy już w tych miejscach rzeczywiście jestem.
A tak na chwile wracając jeszcze do ostatniego odcinka snu, który opisuję, ciekawostką jest to, że miedzy moim domem a tymi linami wysokiego napięcia, nie ma już drzew. Jest ulica i pietrowy dom mojego wujka, ale drzew nie ma zadnych. Natomiast drzewa były – owszem – zanim wujek postawił sobie dom. Owe drzewa kojarzę ze zdjeć. Zdjęć czarno-białych, starych, poszarpanych, podniszczonych. Wynikałoby, że moje sny o moim lataniu pochodzą z czasów, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie…

Zostaw komentarz więcej...

horror…

przez , 14.paź.2016, w Na każdy temat

Trochę mnie tu dawno nie było, ale nie przejmuj się, wróciłem. Blog nie umarł. Jedynie zszedł na dalszy plan.

Po raz kolejny…

Do rzeczy.

Pośród wielu sklepów które nawiedzam podczas pełnienia swojej służby kierowcy ze zdrową i ekologiczną żywnością, jest jeden, o którym postanowiłem, że wspomnę. Czynię to tu i teraz.

Sklep znajduje się w mieście, które odwiedzam regularnie co tydzień, choć na szczęście sam sklep zamawia towar dosyć nieregularnie. Ale jak już zamówi, to konkretne ilości, więc czasu spędzam na nim dużo, ale stosunkowo rzadko.

I właściwie to nie jest sklep, bardziej zielarnio-apteko-przychodnio-uzdrowisko-poradnia. Kompleks usług: od zdiagnozowania schorzenia, po konsultacje ze specjalistą, po zioła, ziółka, trawki i kadzidełka, które to co wykryte i zdiagnozowane mają za zadanie z człowieka wywlec i zniweczyć.

Dlaczego wspominam o sklepie i dlaczego poruszam w ogóle taki temat? Bo ostatnio zdarza mi się oglądać dość dużo filmów z gatunku horror, a im więcej ich oglądam, tym większe podobieństwo widzę między fabułą większości z nich, a tym, co się dzieje za drzwiami tego sklepu…

 

Sklep jest niewielki, raczej zadbany, kilka miejsc parkingowych po bokach od wejścia, schody wyłożone płytkami, drzwi z reklamą w stylu „plaster miodu”, zielone ogrodzenie, kamienica, centrum miasta przy ruchliwej drodze. Na dodatek jesień: szaro, wilgotno, pochmurnie… Wieje grozą…\

Czujesz ten klimat?

Super, lecimy dalej…

Sklep jest niewielki, składa się z dwu pomieszczeń oddzielonych od siebie poprzez zmianę ich kubatury, zaplecza, do którego prowadzą drzwi na końcu drugiego pomieszczenia, oraz masy innych pomieszczeń, przeznaczonych nie wiadomo po co i dla kogo, do których osoby postronne wstępu nie mają, a do których dostęp następuje poprzez przejście przez zaplecze, tudzież poprzez wejście przez drzwi, które znajdują się tuż za wejściem do sklepu po lewej stronie.

I tu na chwilę przerwa, bo dla kogoś kto tam nie był, nie widział tego i nie za bardzo pracuje mu wyobraźnia, nie dzieje się tu nic nadzwyczajnego. Ot, normalny sklep zielarski, który można kupić w pierwszym lepszym…o, przepraszam, polityką zaleciało… ekhm… tak… no, nie widać tu nic nadzwyczajnego i faktycznie, póki co – nie ma tu podejrzanego nic. Dla zachowania pozorów nawet drzwi nie skrzypią, jak się przez nie wchodzi. I jak się przez nie wychodzi, też nie skrzypią. Na dodatek człowiek, który stoi w drugim pomieszczeniu, może sobie „zarzucić okiem” na zaplecze i ujrzeć tam stolik z masą dokumentów, oraz biurko z komputerem. Wszystko jest ok. Jest ok…

Jest ok, dopóki nie wejdziesz przez te drzwi zaraz za wejściem. Tam za tymi drzwiami są kolejne drzwi. W ilości sztuk trzech. Za pierwszymi po prawej jest toaleta. Za drugimi i trzecimi… cholera wie. Nigdy nikt tam nie wchodzi, nigdy nikt stamtąd nie wyszedł. Żeby było śmieszniej: wzdłuż witryny, która stoi przy tych drzwiach, są poustawiane krzesełka, na których ZAWSZE ktoś siedzi. Tam ZAWSZE jest kolejka. Po co? Do kogo? Ludzie siedzący na krzesełkach w kolejce, w milczeniu, do drzwi, przez które nikt nigdy nie wszedł i nikt nigdy nimi nie wyszedł…

Zaplecze. Tam zawsze czekam na płatność za fakturę. Akurat tak się składa, że zawsze płacą gotówką, a nigdy nie mają pieniędzy w kasie. Zawsze trzeba czekać. Pani znika za drzwiami prowadzącymi „gdzieś”, po jakimś czasie wraca z gotówką, ale zawsze swoje trzeba odstać.

Z terenu sklepu widać zaplecze, tak jak wspomniałem wcześniej. Stolik, papiery, biurko, komputer, okno. A wejdź za drzwi…

Tak jakby naprzeciwko tego, co widać zza drzwi, znajduje się…aneks kuchenny. Zlew, Kuchenka, szafki, lodówka, suszarka do naczyń, na niej talerze, łyżki, patelnie… Jak w domu. Scena jak z horroru: wchodzisz, mówisz ile masz do zabrania, a pani przy komputerze mówi Ci, że musi iść po pieniążki, bo w kasie nie ma. Zostajesz sam. Przed Tobą komputer, z otwartą kartą zatytułowaną „rozliczenia kontrahentów”, za Tobą aneks kuchenny. Przed Tobą biuro, za Tobą kuchnia z atmosferą jak w domu. A jak się przyjrzysz, skupisz, to zaczynasz dostrzegać, że: na komputerze, poza kartą którą widzisz, na pasku zminimalizowane są inne okienka, na przykład „Open.fm” z muzyką rockową, strona o akwarystyce, oraz strona z kolorowankami dla dzieci… a za Tobą na kuchence stygnie na patelni niedokończona jajecznica…
Na dobitkę masz uśmiechniętą panią przy kasie, która w momencie, gdy spojrzysz w prawo w jej kierunku, zobaczysz, ze Ona właśnie akurat… patrzy na Ciebie, jednocześnie wydając resztę klientowi… Resztę, w sensie pieniądze, po które poszła pani na którą czekasz, bo przecież w kasie pieniążków nie było…

A jak już pani z pieniążkami wróci, to trzeba jej podpisać że się pieniążki wzięło. Podpisać w jej zeszycie, w którym ma zanotowane każde wpłaty i wypłaty których dokonuje. Zeszyt z wpłatami i wypłatami. A na komputerze otwarta karta „rozliczenia kontrahentów”…

Zeszyt zawsze jest. Gdzieś. Zawsze go trzeba szukać. Nigdy nie wiadomo gdzie jest. Zawsze znajduje się w szufladzie w aneksie kuchennym…

Chciałem kiedyś skorzystać z toalety. Nie wiedziałem gdzie ona jest, zapytałem, usłyszałem „za tamtymi drzwiami” – drzwi na lewo od wejścia. Otwieram, wchodzę, a tam troje kolejnych drzwi. Otwieram te na wprost.

Kobieta. Na krześle. Za nią facet, z rękami nad jej głową. Ona siedzi nieruchomo, wpatrzona w coś co ma przed sobą, w ścianę, obraz, cokolwiek… bez jakiejkolwiek reakcji na moje wtargnięcie… on, ubrany na czarno, z zamkniętymi oczami, skupiony z tekstem „pobłogosław Panie tę kobietę i wszystkie jej…” i tyle usłyszałem, zanim kobieta, która skierowała mnie do tych drzwi, pośpiesznie powiedziała „nie tutaj, nie tutaj, drzwi po prawej, tu, o…”, otwierając mi te właściwe, prowadzące do wc. Co tam się działo i w czym im przeszkodziłem, zastanawiam się do dzisiaj. Co za magia miała tam miejsce i czyje proroctwo było głoszone, oraz przez kogo – nie wiem. Tak czy inaczej już na pewno drzwi nie pomylę…

Ostatnim razem: wchodzę, jak zwykle czekam na pieniążki. Nauczony doświadczeniem, dyskretnie przyglądam się temu, co mnie otacza, bo wiem, że za chwilę znajdę coś, co tu jakoś dziwnie nie będzie pasować do całej reszty… I oto proszę bardzo, aneks kuchenny, a na samym rogu książka Comunita Cenacolo „Credo”… Co to, po co to, dlaczego to tam i kto ma czas na czytanie takich rzeczy w pracy, pomijając już w ogóle fakt, że książka ni stąd ni z owąd leży na samym kancie kuchennego zlewu i nie spada, a kant znajduje się na zakręcie głównego szlaku komunikacyjnego łączącego zaplecze z tymi rejonami, które nie są dostępne dla zwykłych śmiertelników…

 

Dziwne miejsce. Niby z pozoru wszystko wygląda normalnie, a jednak… Coś tam ciągle nie klei się z resztą… A to jajecznica, a to książka, a to zeszyt z rozliczeniami w szufladzie ze sztućcami…

Może jednak przerzucę się na komedie…

Zostaw komentarz więcej...

Skarby

przez , 28.sie.2016, w O hobby na blogu

Nie, ten blog nie umarł. Tylko – po raz kolejny – na chwilę utracił funkcje życiowe.

Jak zawsze po dłuższym przestoju, zaczynam od tego, co pozwoliło mi wrócić do normalności. Masa ludzi, masa rozmów, ale przede wszystkim – wybaczcie – hobby.
Ten wpis miał powstać już dawno, z jakiegoś powodu nie powstał, powstanie teraz, bo jest ku temu okazja.

Pisałem to już chyba kiedyś, albo mówiłem, nie pamiętam: lotnictwo uzależnia. Wszyscy ci, którzy mnie znają osobiście, albo czytają mój blog, wiedzą, że obserwowanie samolotów, identyfikacja, notatki i fotografia sprawia mi niesamowitą frajdę, wokół tego toczy się całe moje bytowanie. Gdzie bym nie był, co bym nie robił, lotnictwo jest we wszystkim. Głowa zawsze zwrócona ku niebu, niezależnie od dnia, godziny, sytuacji.
Ci, co mnie znają lepiej wiedzą, że obserwacja i notatki, czyli ogólnie szeroko pojęty spotting, to nie wszystko. To tylko pewna część całości, której z zewnątrz nie widać. I dzisiaj tutaj teraz trochę o tej właśnie części.

Mam w pokoju sejf. Sejf. Wielu ludzi ma sejf. Sejf, rozumiany jako miejsce, gdzie przetrzymujesz swoje kosztowności, czy – zwyczajnie – rzeczy dla Ciebie najważniejsze. Rzeczy bezcenne, które dla Ciebie są czymś innym niż dla mnie i czymś innym dla każdego człowieka. Sejf, niezabezpieczony hasłem, kodem, kłódką, sznurkiem.

W moim pokoju tym sejfem jest mój regał, z czterema pólkami, na którym znajduje się „dowód” w sprawie uzależnienia. Dowód namacalny, w postaci niewidocznej dla większości ludzi części lotnictwa, która wraz ze spottingiem stanowi jedną spójną całość mojego hobby.

Regal ma cztery pólki. Wszystkie powyginane od ciężaru zawartości.
Ufam Ci, więc zdradzę zawartość. Oczywiście bez wnikania w szczegóły.
Będzie to wyglądało tak:
– kilka numerów „Skrzydlatej Polski”.
– 5 segregatorów, mieszczących 112 numerów „Wielkiej Encyklopedii Lotnictwa”, wraz ze 112 płytami DVD, dołączanych po jednej do każdego numeru.
– wszystkie egzemplarze miesięcznika „Lotnictwo”, począwszy od października 2004 roku, aż do teraz, plus wszystkie egzemplarze miesięcznika „Lotnictwo” innego wydawnictwa, począwszy od początku bieżącego roku, czyli od pierwszego numeru, który się ukazał.
– kilka książek o tematyce lotniczej.
– własne notatki, wycinki z gazet- w sumie pudełko formatu A4, grubości 5-6 cm.
– posklejane niegdyś modele samolotów, między innymi B747, A340, B777 i kilka innych…
– mnóstwo mniejszych lub większych pierdół, związanych z lotnictwem (kubki, smyczki, długopisiki, plakaty etc).
Najcenniejsze skarby na świecie.

I teraz tak: to wszystko jest pisane śmiertelnie poważnie. Gdzie bym nie był, co bym nie robił i czym bym się nie zajmował, szukam akcentów lotniczych, w postaci zdjęć, pocztówek, modeli, czegokolwiek.
Cała ta powyższa część wpisu powstała po to, żebyś zrozumiał(a) to, co nastąpi poniżej.

Do sedna.
Miliony lat świetlnych wstecz, kiedy jeszcze byłem małą dziewczynką a dinozaury kończyły swoje walki o ostatni mleczyk na moim podwórku, idąc sobie jedną z alejek w Realu (młodszym tłumaczę, że to tera Oszą je), natrafiłem na pozycję, której oprzeć się nie mogłem. Kupiłem. Mam.

Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.


http://volongoto.web-album.org/album/40
756,

Zostaw komentarz więcej...

Volongoto

przez , 01.lip.2016, w Na każdy temat

„Kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić,
krzyczeć tęsknocie  „precz!” i błagać „prowadź…” – oto jest życie.
Nic, a jakże dosyć…”

Są w moim życiu takie okresy, w których na skutek jakiejś konkretnej „akcji”, z pozoru nic nie znaczącej, mój mózg poniekąd wbrew mojej woli zaczyna ją rozważać i uznaje ją za powód do mnóstwa różnych przemyśleń, które pociągają za sobą następne i następne i następne… a których początek następuje zwykle w środku nocy, kilka nocy pod rząd… Nienawidzę tych okresów i tych idących w parze z nimi przemyśleń, bo w czasie ich trwania zwyczajnie męczę się psychicznie i fizycznie. Poza tym trwa to długo, przeszkadza w pracy, w czasie wolnym… Czuję się wtedy taki trochę śnięty. Zero skupienia, mózg pracuje, myśli, rozważa, a koniec końców i tak nie ma z tego żadnych konkretnych wniosków, które cokolwiek mogłyby zmienić, ułatwić, czy jakkolwiek w czymkolwiek pomóc.

Na dodatek przemyślenia dotyczą sytuacji zasadniczo skrajnych, lub zaskakująco przełomowych. Dobierasz je sobie wtedy do głowy, myślisz „dlaczego tak, po co to, co z tym dalej”, aż w końcu pojawia Ci się myśl „a może tak rzucić to wszystko i pierdyknąć w Bieszczady…”.

Nie wiem, czy to moja słaba psychika, czy może bardziej chora niż słaba… Nie wiem czy wszyscy tak mają, czy tylko ja i nie wiem czy wszyscy tak sobie z tym radzą, albo i nie radzą jak ja. Pewnie nie jestem sam…

Teraz właśnie mam taki okres. W tym momencie. Dwa-trzy tygodnie już to trwa i nie wiem, jak długo to potrwa jeszcze.

 

Zastanawiam się czasem, jakby to było, jakby mój charakter był zupełnie inny, niż jest. I podejście do różnych spraw było inne, niż jest teraz. Jakby to było, gdyby te wszystkie czynniki które dziś mają wpływ na to, że kogoś lubię/kocham/szanuję/podziwiam, albo nie lubię/nie kocham i tak dalej, byłoby inne i tych wszystkich których teraz lubię, nie lubiłbym, i odwrotnie… Jakby to było, jakbym to, co teraz uważam za dobre i pozytywne, uznawał za coś złego i odwrotnie.

Skąd się bierze takie „coś”, że jak człowiek widzi kogoś, kto potrzebuje pomocy, myśli „pomogę mu, bo on tego potrzebuje”, a nie myśli na przykład „aaa niech sobie radzi sam, ja też kiedyś musiałem”, albo „hahahahah, nie radzi sobie, ciota…”.  I dlaczego nie zastanawia się, które podejście jest lepsze, tylko od razu wprowadza w życie pierwsze albo drugie albo trzecie…

Dlaczego w sytuacjach przez innych postrzeganych jako mało istotne, akurat ja chciałbym „tu i teraz” wiedzieć, na czym stoję i co będzie dalej, a nie „puścić to wolno”, niech się dzieje co chce?… Jak to jest, że człowiek od czegoś ucieka, przed czymś się wzbrania, gdzieś wewnętrznie w głowie decyduje, że postępując „tak i tak” będzie mu najlepiej, a w momencie, gdy nastąpi przełom, zmiana, odskocznia, pokazująca że może wcale tak jak się zaplanowało, nie będzie jednak najlepiej, człowiek wtedy zaczyna nad tym myśleć, rozważać to, zamiast po prostu to wziąć, przyjąć i zmienić postępowanie…

Psychologia… Dlaczego podczas sprzeczki z kimś z kim milion lat ani raz się nie sprzeczałeś, nagle pojawia się myśl, że to wszystko bez sensu, bo się człowiek pokłócił i nic już z tego nie będzie, ale i odwrotnie: kiedy dobrze zaczyna Ci się rozmawiać z kimś, z kim nigdy nie wymieniłeś więcej niż dziesięć zdań za jednym zamachem, nagle chcesz rozmawiać jeszcze więcej i więcej i więcej… Zamiast to wszystko jakoś miarkować, potraktować to jako coś normalnego, opanować emocje i zachować resztki rozumu…

I właściwie po co w ogóle się nad tym wszystkim zastanawiać? Żyć własnym życiem, robić to co się robiło, być sobą, a wszelkie zmiany traktować bez emocji, jako coś naturalnego… Nie przejmować się tym, co się wydarzyło, nie rozmyślać nad tym, jak mogłoby być, nie traktować tych z którymi rozmawia się niekoniecznie dobrze jak najgorszych wrogów i nie traktować tych, z którymi rozmawia się rewelacyjnie, jak ludzi z którymi do końca życia będzie się spędzać życie.

Myślę, że najwyższa pora zacząć żyć po swojemu, pełnią życia na tyle, na ile to możliwe. Korzystać z sytuacji, szukać, przebierać, ryzykować, próbować. Życie ma się jedno, nie można stać i czekać na ochłapy które samo nam podrzuca, trzeba zacząć brać wszystko poza ochłapami. Kto nie ryzykuje, ten nie żyje.

Zmień siebie, zmienisz świat…

Ja pierdziele…

Ze skrajności w skrajność…

Trudno samego siebie znieść w takich momentach…

Jaki to ma sens…

Dystans. Do wszystkich. Do tych co trzeba, do tych co nie trzeba… Do samego siebie – zawsze. Dystans, dystans, DYSTANS… Jak mantra. Czasem wskazany. Czasem… U mnie – zawsze. Do wszystkich. A może tak w końcu zmienić podejście… Przecież mój dystans powoduje też dystans zwrotny… Wniosek! Brak dystansu owocuje brakiem dystansu…

Ja wiem, tu nic się nie klei, ja to wszystko piszę na bieżąco. W moim życiu po raz kolejny nastąpiły zmiany, które ciągną za sobą przemyślenia, które nie przyniosą niczego nowego, ale skutecznie powodują zmęczenie, senność, rozdrażnienie i ogólną niechęć do wszystkiego. Nienawidzę, kiedy moja sytuacja życiowa zmienia się z powodu jakiegoś wydarzenia które dobrałem sobie do głowy, o 180 stopni – jak ja to sobie nazywam –  „w pięć minut o pół obrotu”; nienawidzę, jak zwykła prosta sytuacja/relacja/zachowanie/słowo urasta w mojej głowie do rangi najważniejszej, priorytetowej, a kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nic nadzwyczajnego się tu nie dzieje i nie ma powodów do rozmyślań… Tymczasem – w moim mniemaniu – w ciągu ostatniego miesiąca moje życie obróciło się przynajmniej o 540 stopni… Półtora obrotu… I trochę to teraz jest jak taki rozpędzony Rollercoaster: w głowie kołowrotek, widoki są piękne, wysiąść się nie da… Ile jeszcze zakrętów – nie wiadomo. Widoki będą piękniejsze? Czas pokaże… A i do stacji końcowej prawdopodobnie jeszcze spory kawał…

 

Szanowni… Wybaczcie mój olewczy stosunek do niektórych z Was w ostatnim czasie… Wybaczcie nachalność, być może nawet niepotrzebne narzucanie się… Jak zwykle potrzebuję czasu, żeby po tym „trzęsieniu ziemi” w okolicach klatki i mózgu, oraz po wstrząsach wtórnych, od nowa sobie siebie poukładać. Siebie od podstaw, bo w środku mam – za przeproszeniem – jeden wielki burdel myśli, uczuć i zachowań. Potrzebuje przestać przejmować się rzeczami na które nie mam wpływu, zacząć żyć tak, żeby nie sprawiać innym przykrości, oraz nie robić sobie i komuś nadziei na cokolwiek.

Dzięki Wam wszystkim za to, że jesteście, utrzymujecie kontakt i chcecie pomóc. Dzięki, że obserwujecie, pytacie, trzymacie mnie „w ryzach”. Że kiedy widzicie u mnie problem, pytacie jak można mi pomóc go rozwiązać, a kiedy nie chcę z Wami rozmawiać, nie nalegacie, żebym zmienił zdanie. W całym tym moim kołowrotku myśli, natłoku zdarzeń, zmęczonej psychice i zarwanych nocach, potrzebuję odskoczni, zapomnienia od tego co się dzieje, co mnie męczy, siedzi w głowie i nie chce wyleźć. Dzięki, że poświęcacie mi swój czas, wygłupiacie się ze mną, uwzględniacie mnie w swoich planach. Nie macie pojęcia, jak wiele dla mnie robicie.

Pojawił się wpis, po miesiącu czasu. To znaczy: wszystko zaczyna wracać do jako-takiej normalności. Ale dajcie mi jeszcze czas, jeszcze trochę… i trzymajcie kciuki, żeby skończyło się na 540 stopniach…

 

„Jeśli choć jedną dobrą myśl wniosłaś do czyjegoś umysłu, jedno dobre uczucie zaszczepiłaś w czyimś sercu, jedną godziną szczęścia rozpromieniłaś smutne szare życie – spełniłaś zadanie anioła na ziemi…”

1 komentarz więcej...

Maj 2016

przez , 09.cze.2016, w O hobby na blogu

Najpiękniejszy maj, odkąd obserwuję samoloty…

574 sztuki w ciągu 28 dni. Zidentyfikowane 79 procent. Najwięcej w ciągu dnia – 123 sztuki (10 maja), najmniej – 1 sztuka (8 maja).

Kilka „nowości”: Monarch Airlines (#340), Metrojet, SferaJet, Petr Kellner ppf group, Europ-Star Ltd., Artjet, Deer Air, General Aviation oraz coś niezidentyfikowane z nazwy, o regu P4-ADD (odpowiednio #Q14-Q21).

Największą niespodzianką, radością i satysfakcją był w tym miesiącu An-225 Mrija. Pisałem już o tym, ale tu jeszcze dobitnie zaznaczę: widziany na żywo, podczas lądowania, backtrack’a i taxi na stanowisko postojowe w porcie lotniczym Ruzyne w Pradze, w Czechach.

Poza tym ogólnie udany maj, samolotami sypnęło jak śniegiem w Rzeczpospolitej w 1978 roku… Zakładając że sypałoby tak (a daj Boże żeby lepiej) do końca roku, to nawet może chociaż otarłbym się o te 50 000 ogółem…

Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.