Bardzo ważna informacja!

przez , 25.gru.2017, w Na każdy temat

Informuję, że od dziś mój Blog zostaje przeniesiony tutaj:


https://niecodziennick.blogspot.com

i w tym miejscu należy się spodziewać kolejnych wpisów.

Zostaw komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: ” W lotnictwie, podobnie jak w życiu…

przez , 26.lis.2017, w Na każdy temat

…jest dużo łatwiej, gdy pomaga nam szczęście…”

„Ja, Kapitan” – Tadeusz Wrona

Pochylam się w kierunku drugiego pilota i wyciągam rękę. „Jurek, później już może nie być okazji – głos na chwilę uwiązł mi w gardle. – Dziękuję Ci za współpracę„. Mocny uścisk dłoni i życzenia powodzenia przy lądowaniu. Będzie nam potrzebne. Siadamy. (…) Pamiętam uczucie bezradności, które mi wtedy towarzyszyło. Lubię kontrolować rzeczywistość, a w tym momencie nic już nie mogłem zrobić. To niezbyt przyjemne uczucie, gdy człowiek zdany jest tylko na szczęście.
(…)
Jakoś nie mogliśmy się zebrać do opuszczenia samolotu. Pojawił się strażak, pózniej dowódca nadzorujący akcję ratowniczą straży pożarnej. Zapytali o nasze samopoczucie. Machinalnie odpowiedziałem, że wszystko jest dobrze, choć nie bardzo umiałem określić swoje uczucia. Ubrałem się i wyszedłem tylnym trapem. Po wyjściu z samolotu usłyszałem ryk silników. Spojrzałem w górę i zobaczyłem jak piloci F16 kierując swoje maszyny pionowo w stronę nieba, wykonują piękną beczkę zwycięstwa. Serdecznie im za to dziękuję.
Zaraz potem podszedł do mnie inspektor z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Na jego twarzy widać było ogromną ulgę. Przyznał, że jechał na Okęcie przerażony, oczami wyobraźni widział rozbity samolot i setki ofiar. Był wcześniej w Smoleńsku, na własne oczy oglądał skutki tamtego wypadku. A tu zobaczył cały samolot i pasażerów, którzy nawet nie musieli korzystać z karetek pogotowia ratunkowego. Zapamiętałem jego słowa: „Chrzanić samolot. Najważniejsze, że nikt nie zginął, że wszyscy przeżyli„. Miał rację, mnie jednak było żal samolotu…

Pamiętam doskonale, co robiłem 11 września 2001 roku, kiedy WTC zostało zaatakowane przez terrorystów. Pamiętam, gdzie byłem i co robiłem, kiedy Tu-154 zwalił się na ziemię w Smoleńsku. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co robiłem 1 listopada 2011 roku, poza tym, że włączyłem telewizor na jakieś 20 minut przed lądowaniem i zacząłem patrzeć. Nie patrzyłem na radar, nie śledziłem żadnego tematycznego forum. Pamiętam za to, że – w pewnym sensie – nie zdawałem sobie sprawy, jak poważna rzecz dzieje się na naszym podwórku. Tak jakby nie docierało do mnie to, że oto za moment, tu, u nas w Polsce, w Warszawie, samolot LOTu, naszej narodowej linii podejdzie do lądowania awaryjnego z poważnym problemem, a piloci za jego sterami, Polacy, muszą ten problem rozwiązać. Takie rzeczy dzieją się na świecie, nie tutaj, u nas.
Sam problem też właściwie do mnie nie dotarł tak jakby w pełni. Lądowanie na brzuchu. Pfff.
Dziś mam świadomość tego, co mogło się stać. Wtedy, te nieco ponad 6 lat temu, po 20 minutach od włączenia telewizora, mogłem być – z resztą przecież nie tylko ja – świadkami takiej rozpierduchy na Okęciu, która zapisałaby się na kartach historii tego kraju najczerniejszą z czarnych barw. Tam mogło się wydarzyć wszystko: od pożaru silników, po wypadniecie z pasa i rozbicie o cokolwiek – inne samoloty, terminal… Tam mogło być przynajmniej 231 ofiar.
Tymczasem nie było żadnej, choćby jednej rannej osoby. To było mistrzowskie lądowanie, lepiej nie można było go wykonać. Pamiętam, kiedy patrzyłem na kiepskie ujęcie z kamery transmitującej na żywo sytuację w telewizji, że kiedy Boeing przyziemił, zastanowiłem się, czy czasem nie udało mu się jednak podwozia rozłożyć, bo lądowanie bez podwozia chyba nie mogło być takie gładkie, spokojne, opanowane, na jakie wyglądało. A jednak…
Przeczytałem dziś książkę autorstwa Kapitana tamtego rejsu. W pewnym sensie jest to autobiografia, ale zawierająca tylko te momenty z życia, które były bezpośrednio związane z lotnictwem. Dodatkowo zamieszczona jest relacja z przebiegu lotu, przygotowań, ustaleń i wreszcie samego wykonania lądowania awaryjnego, oraz spostrzezeń z tym związanych.
Książka niezmiernie ciekawa, choć przyznam, że lekko zawiodłem się jej treścią. Czyta się ją lekko, łatwo, przyjemnie, lektura prosta, przekaz jasny, czytelny. Niestety, historia pana Kapitana – w moim odczuciu – nie jest w żaden sposób nadzwyczajna. Początek jak zwykle – szybowce. Potem szkolenia, zawody, licencje, egzaminy no i praca w PLL LOT. Ścieżka kariery taka, jak wszystkie inne ścieżki kariery, czyli nic nadzwyczajnego. Tyle tylko, że poznajemy tu ścieżkę kariery akurat tego pilota, który bezpiecznie wylądował bez podwozia, a nie akurat tego, który lądował przed nim bez usterki, czy dwa miesiące później z niesprawnym radiem.
Przyjemna lektura, nic poza tym.

Zostaw komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: „Każdy lot jest inny. Każdy ciekawy. Są tragiczne…

przez , 25.lis.2017, w Na każdy temat

…wesołe, smutne, zabawne, trudne i łatwe. Ta ich różnorodność jest pięknem, które urzeka i opanowuje nas bez reszty. Wydaje nam się czasami, że latanie jest jedynym celem życia. Tak jak zakochany młodzieniec nie widzi świata poza wybranką, tak pilot nie widzi go poza lataniem.”

„Na lotowskich szlakach” – Jerzy Ziółkowski

Pierwszy mój lot na linii. Jak wypadnie? (…) Patrzę na tablicę przyrządów pokładowych i sprawdzam jeszcze raz wskazania. Aż strach bierze, ile tego jest. (…) Ostrowski przejmuje stery i daje znak mechanikom na wyjęcie podstawek spod kół. (…) Silniki wyją, samolot drży, nabiera rozpędu. Lekkie odbicie i jesteśmy w powietrzu. Ale co to? Ostrowski, po schowaniu podwozia i klap, nie nabiera przepisowej wysokości (…) obniża wysokość i sunie niemal na brzuchu po łanach zboża i krzakach. Widząc moje zdziwienie śmieje się zadowolony rzucając urywane zdania: Loty kosiakiem to moja metoda, latam tak nisko, żeby zapamiętać pułapki terenowe, wbijam sobie w głowę każdy pagórek, dolinkę, przewody wysokiego napięcia, każdy komin czy wyższy budynek. Kiedy nastają słoty, tylko w ten sposób można bezpiecznie lecieć bez pomocy nawigacyjnych. Nie wolno wejść w chmury, bo jak potem z nich wyjść, jeśli nie wiadomo, jakie przeszkody czają się przed nami? Strzępy chmur wciskają się nieraz w konary drzew kryjąc zazdrośnie widok przed maszyną, przy złej pogodzie, tylko kosiak nas ratuje.
W duchu przyznałem mu rację. To było logiczne. W portach krajowych brakowało pomocy naziemnych. Latało się więc z mapą na kolanach nisko pod pułapem chmur. (…)
System kosiaka przyjęli i inni piloci. Nawet byli dumni, że przywozili na gondolach gałązki z wierzchołków drzew lub pęczki kłosów zboża. (…)
Nagle przed nami wyrosły druty wysokiego napięcia. Wydawało się, że wpadniemy na nie i wplątani zwalimy się na ziemię. Tuż przed drutami kapitan wyrwał zgrabnie maszynę w górę i wyjaśnił:
-To miejsce trzeba zapamiętać. Teren tu płaski, wydaje się, że przeleci się spokojnie, a przy małej podstawie chmur można wpaść w pułapkę.
Po minięciu drutów znów suniemy nad ziemią. Przed nami stado krów. Spłoszone hukiem rozbiegają się na wszystkie strony. Pastuch wygraża kijem. Pędzimy dalej. Przed nami żniwiarze. Mężczyźni machają kosami, kobiety wiążą snopki, chłopcy ustawiają je w mendle. Zdziwieni obracają się w stronę pędzącego samolotu, a potem padają na ziemię, wystraszeni sunącą zjawą.

(…)
Drugim pilotem w mojej załodze został Adaś Poznański (…). Był jednym z najmłodszych pilotów przyjętych w 1963 roku. Lubił żartować i robić kawały. Zauważyłem, że dużo pali, i zabroniłem kopcenia w kabinie. Adaś uprosił, aby wyjątkowo jemu pozwolić na wypalenie jednego papierosa na trasie. Przez kilka lotów był niepocieszony z powodu zakazu, nawet posmutniał, ale pewnego dnia, rozpromieniony zajmuje miejsce w swoim fotelu. Wkrótce pyta, czy może zapalić tego jednego? Oczywiście potraktowałem to jako jego wywalczony przywilej i zgodziłem się. Tymczasem Adaś z szelmowskim uśmiechem wyciąga z teczki papierosa o długości co najmniej pół metra i zapala go z triumfem. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Skąd wytrzasnął taki półmetrowy dziwoląg? Myśleliśmy, że sam go sobie spreparował. Okazało się, że zakupił ich większą ilość w Budapeszcie w strefie wolnocłowej. Jeden papieros wystarczył mu na całą trasę.

(…)
W Le Bourget pogorszenie pogody: podstawa 90 metrów, widzialność 1200 metrów. Nasze minimum 80/800. Zastanawiam się, czy nie lepiej od razu wylądować we Frankfurcie? Niestety, nie można. W Le Bourget przewidują w ciągu najbliższej godziny lekką poprawę. To są dokumenty, które obowiązują. Trzeba wytrwać do końca, nie poddawać się przeczuciom. Myśląc wyłącznie o oszczędnościach przedsiębiorstwa, łatwo można być posądzonym o tchórzostwo. Pogoda powyżej minimum i pilot przerywa lot? Nie można tego inaczej wytłumaczyć.
W takiej sytuacji zaczynam rozumieć, za co nam płaci firma. Za chwile napięcia i rozterki. Za walkę wewnętrzną z sobą i z przepisami. Za prawidłową decyzję, tę jedną, najtrudniejszą. Za wyczucie, co można, a czego nie wolno zrobić. Za wybór między tonami bezużytecznie spalonego paliwa a paragrafami, które mogą być użyte jako dowód mojego błędu. Za odwagę wzięcia na siebie odpowiedzialności. Za krok sprzeczny nieraz z aktualnymi, lecz już przestarzałymi przepisami, których mocy strzegą urzędnicy i sądy.

 
Książka wydana na sześćdziesięciolecie istnienia Polskich Linii Lotniczych LOT; historia o przebiegu kariery autora na fotelu kapitana statków powietrznych LOTu, od momentu zainteresowania się lotnictwem, do ostatniego lotu, wzbogacona licznymi pobocznymi historiami o funkcjonowaniu lotnictwa w tamtych czasach.
Żałuję że tak późno ta książka wpadła w moje ręce. Jednocześnie cieszę się, że nie wpadła później, bo znalazłem w niej niespodziewanie odpowiedzi na milion pytań odnośnie organizacji, nawigacji i przebiegu lotów w czasach, kiedy w samolotach nie było jeszcze radarów, komputerów pokładowych, nawigacji, oraz ogólnie pojętej elektroniki wspomagającej lot. Niezmiernie ciekawie – dla kogoś, kto ma jakieś tam pojęcie o tym, na jakiej zasadzie w przestrzeni porusza się samolot, jeśli chodzi o przelot z punktu A do punktu B – opisy sposobów nawigacji, odnajdywania się w terenie, szukania lotnisk, omijania przeszkód, w końcu walki z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi…
Żałuję, że dopiero teraz tą książkę przeczytałem, myślę że gdybym trafił na nią jakieś 10-15 lat temu, moje zainteresowanie lotnictwem przybrałoby zupełnie inny wymiar.
Cieszę się, że natknąłem się na nią teraz, bo odpowiedzi na pytania o których wspomniałem powyżej… najwyższa pora na te odpowiedzi już. Ileż można obserwować samoloty, nie będąc świadomym tego, jak wiele w kwestii nawigacji się zmieniło. Dziś wystarczy wklepać w komputer pokładowy punkty nawigacyjne, zatwierdzić i oderwać samolot od ziemi. Resztę robi „automat”. A jeszcze 50 lat temu, trzeba było znać każdą przeszkodę terenową, każdy pagórek, las, linie napięciowe, kominy fabryk i to nie tylko po to, żeby w nie nie wlecieć, ale żeby móc ustalić, w którym miejscu się jest i gdzie kierować się dalej, żeby dotrzeć do celu… Temat na osobny wpis…

Zostaw komentarz więcej...

powagi trochę…

przez , 11.lis.2017, w Na każdy temat

„Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili. (…) Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. (…)”

Takimi słowami odzyskanie niepodległości opisał ówczesny premier Jędrzej Moraczewski. I właściwie na tym można by zakończyć ten temat, bo na dzień dzisiejszy niewiele się zgadza. Jak czytam, że „jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem…” to mam wrażenie, że niewystarczająco uważnie oglądałem ostatnie obrady sejmu, bo wszystko widziałem, a jednak czapka z bączkiem gdzieś mi umknęła.

O ironio, gdzie my wolni? O litości… To, że nikt z obcą metką na ramieniu i karabinem w pakiecie nie szwęda się po naszej ziemi i nie zabija za to, że wychylamy łeb na zewnątrz nie oznacza, że jesteśmy wolni…
To, że pozbyliśmy się pijawek, złodziei i rabusiów to nie oznacza, że ich tu już nie ma; tu chodzi o to że „poprzednia kadencja” po prostu zmarła, co wynika stąd, że nikt tak długo nie żyje…

Ale dobra, żeby nie było…
Wspominałem już kiedyś, że nie jestem patriotą. Owszem, mam szacunek do tego kraju, bo w pewnym sensie czuję się zobowiązany, w końcu tu się urodziłem, tu się wychowałem, to tu funkcjonuję, nikt mnie stąd nie wyrzucił, nie pozbawił obywatelstwa, jedzenia i picia, wszelkich dóbr i usług. Niby nie ma prawa, bo płacę podatki, co – w pewnym sensie – powinno być tego gwarancją, no ale… w tym kraju, jak w żadnym innym, wyroki losu są bezkonkurencyjnie nie do przewidzenia*, więc – reasumując – jestem wdzięczny że jest jak jest. Natomiast kropli krwi w obronie tego kraju bym nie oddał, bo aż tylu dóbr i usług, jedzenia i picia to ja nie dostaję.
Natomiast zabawne jest (przynajmniej dla mnie), jak wielu ludzi obnosi się ze swoim patriotyzmem w takim dniu jak dziś, choć w głębi duszy większość z nich w chwili, gdy trzebaby było stanąć i oddać za ten kraj krew, postąpiłaby tak jak ja, choć z powodów zupełnie innych niż w moim przypadku, konkretyzując – „nie, bo nie i już”.
Mam na myśli flagi. Wszędzie.
Osiedle. Pierwsze lepsze. Każdy, kto ma balkon, pokazuje, ze jest Polakiem, przez duże „PO”. Im większa flaga, tym większy patriotyzm.

Rozmiary flag balkonowych są trzy. Mini, znaczy formatu A4 mniej więcej – idealna dla tych, którzy chcą ją wywiesić i jeszcze mieć pogląd na to, czy ktoś w sąsiedztwie wywiesił większą. Rozmiar Midi, znaczy taki, że jak powiesisz ją na balkonie, no to miejsca na pranie już nie ma. Rozmiar Maxi – zbyt duża na większość balkonów, przez co jak ją wywiesisz, to Ty jesteś patriotą na 100%, a sąsiad z dołu – chciał nie chciał – na jakieś 20% jeszcze.
Są jeszcze flagi na samochód. Takie na okienko, zderzak, lusterko, czy co tam komu sterczy. Pominę to, bo robienie z symbolu narodowego ściereczki, to nijak mnie nie bawi, mimo, że tak jak powiedziałem powyżej, patriota ze mnie żaden.
I teraz tak. Budzę się rano, patrzę po balkonach. Są już patrioci, pobudzili się, wstali o 5:45, czy jeszcze śpią? No wstali, choć nie wszyscy. Chociaż, w tym roku to jakoś tak nijak… Chyba bunt jakiś…
No bo tak: część balkonów w barwach biało czerwonych, część w barwach czerwono białych (!), na części wisi pranie a na części nie wisi nic…
Naród podzielony…

Nigdy nie wywiesiłem flagi polski na balkon. Przez długi okres czasu nie dysponowałem balkonem w ogóle, ale teraz, kiedy juz dysponuję, to i tak nie wywieszam. Raz miałem flagę na samochodzie, ale była to tak solidna flaga, że „spruła” się przy prędkości 60km/h, pozostawiając mi na szybie sam maszt. Dziś myślę, że to było takie odzwierciedlenie stanu naszej ojczyzny, zaprezentowane w bardzo dużym przyśpieszeniu… ale zostawmy to, nieważne. Raz wywiesiłem sobie flagę w aucie firmowym na oparciu fotela (bardziej foteli, bo mowa o dwóch miejscach) pasażera, ale to w związku ze zmaganiami naszej reprezentacji w piłce kopanej na Mistrzostwach Świata,na dodatek z wyraźnym czarnym dopiskiem „miało być dobrze, wyszło jak zwykle”, jeszcze zanim się okazało, jak „daleko” zajdziemy, więc był to raczej przejaw ironii, niż patriotyzmu, tym bardziej że ani nie interesuję się piłką, ani – jak już wspominałem – patriotyzmem. A plus był taki jeszcze, że tapicerka się nie brudziła.
Śmieszy mnie to. Serio. To takie niepoważne jest. Zdaje sobie sprawę z tego, że święta tego typu właściwie nie da się obchodzić w jakiś inny sposób, niż poprzez pewnego rodzaju symbolikę, no ale kurcze… co za dużo, to nie zdrowo. To nie wystarczą już pozamykane w tym dniu sklepy oraz Żabka czynna tylko do 21:00?
No ale dobra, jak już muszą być te flagi na balkonach, to niech wszyscy razem, jak zjednoczony naród, niezależnie od tego czy jesteś patriotą czy nie, czy masz balkon czy nie i czy czujesz potrzebę czy nie, wywieśmy te flagi. Nie po to, żeby okazać patriotyzm, tylko po to, żeby upamiętnić wydarzenie. Odzyskaliśmy niepodległość (no, temat dyskusyjny) wszyscy, wywieszamy flagi wszyscy. Polska odzyskała niepodległość, więc wywieś flagę Polski, a nie Księstwa Monako. W taki sposób manifestujemy i upamiętniamy, więc zrób miejsce dla symbolu, zdejmij majtki, staniki, koszulki, spodnie i skarpetki. Z balkonu, nie z siebie… Jesteś kierowcą, jeździsz małym/średnim/dużym autem – pomaluj je w biało-czerwone barwy sprayem na ten jeden dzień. Nie, no dobra, przesada, ale… wywieś se tą flagę, tylko w środku, w aucie, w przedniej szybie, albo na tylnej półce, tam obok jajnika jamnika z kiwającą głową, a nie na zewnątrz, żeby z biało czerwonych barw narodowych mieć po 20 km pusty patyk, albo brązowo-czarno-szarą szmatkę…

Niech cały ten proces, cała ta symbolika, cała ta manifestacja mająca za zadanie upamiętnić ważny moment w historii Polski też odbywa się na poważnie.
Może wtedy przestanie mnie to śmieszyć.

 
*chyba, że akurat przewidują Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego…

Zostaw komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: „kto się zgadza z Wodzem…

przez , 20.paź.2017, w Na każdy temat

…może opuścić ręce i odejść od ściany!”

„Drogi Przywódca” – Jang Jin-Sung.

„Są trzy wiersze, których każdy obywatel Korei Północnej musi się nauczyć na pamięć. To Dla mojej jedynej Ojczyzny Ri Su Boka, Matka Kim Chula i Moja Ojczyzna Kim Sang O. W Dla mojej jedynej Ojczyzny poeta oświadcza, że choć ma tylko jedno życie, poświęci je swojej ojczyźnie, która jest tylko jedna. Matka to opis matczynej miłości Partii Pracy, głębszej niż miłość odczuwana przez jakąkolwiek ludzką matkę, niezdolną wychować dziecko jako jednostkę oderwaną od państwa. Tu matczyna miłość sama w sobie jest niewystarczająca, znacznie ustępuje miłości partii. Moja Ojczyzna opisuje Wielkiego Wodza jako prawdziwą ojczyznę poety. Kraj zostaje tu wchłonięty przez tożsamość jego przywódcy.”

 

„Praca w Biurze 101 nigdy nie ograniczała się do jednego gatunku ani medium. W grę wchodziły przemówienia, film, muzyka, oraz inne formy kulturalnego wyrazu – zawsze podpisane nazwiskami obywateli Korei Południowej albo obcokrajowców – mogące posłużyć penetracji i wpłynięciu na wartości wyznawane przez Koreańczyków.
Na przykład w kwietniu 1988 roku, cztery miesiące przed rozpoczęciem przeze mnie pracy w DZF, Sekcja 1 (gazety) Biura 101 wyprodukowała artykuł, który doczekał się pochwały Kim Dzong Ila. Tekst, podpisany przybranym nazwiskiem człowieka z zewnątrz, ogłaszał, że nasz Wielki Przywódca Kim Il Song jest Słońcem Świata. Potwierdziło to zatonięcie Titanica. Dzień, w którym RMS Titanic zatonął, piętnastego kwietnia 1912 roku, to także data urodzin Kim Il Songa. Posługując się tym zbiegiem okoliczności jako dowodem historycznym, Sekcja 1 dowodziła że „kiedy słońce zaszło na zachodzie, to wzeszło na wschodzie”. Tego typu twórczość Departamentu Zjednoczonego Frontu publikowano w partyjnej gazecie „Rodong Sinmun” albo transmitowano w telewizji – która emituje wyłącznie państwowe kanały – jako dzieła zagranicznych autorów, dziennikarzy i intelektualistów. Obywatelom Korei Północnej nigdy nie przyszłoby do głowy, że wszystkie te rzekomo zagraniczne dzieła powstały w Biurze 101 w samym sercu ich stolicy, Pjongjangu. Nic dziwnego, że odcięci od świata wierzyli, że reszta globu, w tym Korea Południowa, podziwiała silne przywództwo oraz liczne osiągnięcia ich państwa.”

-Przyjechaliśmy tu aż z Pjongjangu. Tuż za rzeką, o tam, są Chiny. Wprost przed nami. Tylko jak się tam dostaniemy?
Jak słusznie zauważył, niewiele dzieliło nas od Chin, a obie strony granicy wyglądały podobnie. Na naszej stronie leżał śnieg, na ich również, tylko że ich góry były porośnięte drzewami przypominającymi kulki bawełny, a nasze były nagie. Latem nasze wzgórza na pewno stawały się piekielnie czerwone, ich zaś zieleniły się od liści. Widziałem w tym potwierdzenie, że mamy powód, by przedostać się przez rzekę.
-Chodźmy teraz! – sam byłem zaskoczony swoimi słowami. Aż do tej chwili koncentrowałem się na ucieczce pod osłoną nocy. -Teraz jest dobra pora. Żołnierze pilnują granicy nocą, ale w biały dzień to my zobaczymy ich szybciej, niż oni nas. Chodźmy!
Zupełnie jakbyśmy to zaplanowali, ja rozejrzałem się po stronie północnokoreańskiej, a Young Min po chińskiej.
-Nikogo nie ma – stwierdził. -Wstajemy?
-Teraz?
-Tak! Teraz!
(…)
Chwyciliśmy się za ręce, żeby wzajemnie poczuć swoje ciepło. Razem stanęliśmy nad tą przepaścią i razem w nią skoczymy.
Odliczaliśmy chórem:
-Raz…
-Dwa…
-Trzy!
Zerwaliśmy się i puściliśmy biegiem przez Tumen. Z każdym krokiem serce waliło mi w piersi, lód huczał nam pod stopami. Przebiegliśmy dziesięć metrów, dwadzieścia? Ktoś zaczął krzyczeć:
-Ej! Łapać sukinsynów!
Odwróciłem się w stronę tego dźwięku. Grupa żołnierzy mierzyła do nas z karabinów. Zobaczyłem lufę, usłyszałem zgrzyt odciąganego zamka…”

 

Jeśli tak wziąć globus w swoje ręce i spojrzeć nań, od razu rzuca się w oczy największe, najbardziej rozwinięte państwo na świecie. Kraina ociekająca bogactwem, gdzie ład i porządek wyniesiony z długowiecznej tradycji jest poniekąd wizytówką i przykładem dla innych, a ludzie, szczęśliwi, dobrze zarabiający, którym słowo „ubóstwo” jest zupełnie obce, życzliwie otwierają swoje serca i niosą pomoc innym, którzy jej potrzebują.
Tak. Tak wygląda Korea Północna, która sama o sobie tak myśli.
Reszta świata albo doskonale wie, albo coś jej się obiło o uszy, że w Korei Północnej skrajny totalitaryzm, śmierć z byle powodu, skrajna nędza, bród, smród i ubóstwo, są na porządku dziennym. Choć Pjongjang na zdjęciach wygląda ładnie.
Co nam się kojarzy z Koreą Północną? Nie wypowiem się za wszystkich, wypowiem się za siebie: po pierwsze – ciemna plama na zdjęciach satelitarnych nocą. Bo mamy XXI wiek, a w Korei nie ma prądu. Oświetlony jest tylko Pjongjang, na dodatek nie cały, w elektrownia nie daje rady. Po drugie: niekończący się marsz Koreańskiej armii. W każdym materiale w tv widać, jak tabun żołnierzy maszeruje żywo, równo, prosto, dostojnie. I idą i idą i idą, wiadomości się kończą, a oni idą i idą i idą. Mam wrażenie, że oni tam idą cały czas. Maszerują non stop. Bo kto nie maszeruje, albo maszeruje krzywo, albo nierówno, albo cokolwiek, ginie. Po trzecie: pucułowaty przywódca, Kim Dzong Un. Pyszny taki. Choć dla mieszkańców Korei – ucieleśnienie Boga! Ideał. Największy, najlepszy, najwspanialszy. „Uśmiechnięte Słońce”, „Wielki Wódz”, „Generał”, który z nieba zstąpił, od którego daty narodzin liczy się czas w Korei, który jest tak wspaniały, że nie musi się wypróżniać, w ogóle nie korzysta z toalety! Bo nie ma potrzeby.
Tak mi się kojarzy Korea Północna.
I powiem Ci tak: przeczytałem tą książkę, doszedłem do wniosku, że nie do końca tak jest.
Jest jeszcze gorzej.
To nie ludzie są głupi, że wierzą w te bzdury. Oni wierzą, bo kto nie wierzy, ginie. Traktowany jest jak wywrotowiec. To „jedyny słuszny przywódca” decyduje, jak ma wyglądać twój każdy dzień, począwszy od koloru pościeli, skończywszy na wyliczonej ilości ziarenek ryżu na kolację. Jeśli kolor pościeli masz inny – nieważnie z jakiego powodu- albo pomyliłeś się w liczeniu ziarenek – giniesz. Ty, Twoja rodzina, rodzice, czasem też znajomi, jeśli przeszkodzili Ci w liczeniu…
Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, albo że to niepoważne, polecam przeczytać książkę. Zwłaszcza fragment, jak Biuro 101 pisało biografię przywódcy. Począwszy od 15 sierpnia 1912 roku, do dziś, opisany dzień po dniu. Dzień po dniu…
Chętnie bym przeczytał, zastanawia mnie, co można napisać o Drogim Przywódcy, co robił drugiego, trzeciego i – powiedzmy – przez kolejne 3 miesiące dzień po dniu po narodzinach…

Książka traktuje o pewnym człowieku, który jako jeden z nielicznych spotkał się oko w oko z Wielkim Przywódcą, a który w wyniku głupiej wpadki musiał uciekać z kraju. Przekroczenie Koreańskiej granicy to nie jest prosta sprawa, ponieważ podróż po państwie bez specjalnego zezwolenia jest karana śmiercią, a i samo przekroczenie granicy też kończy się śmiercią, a na dodatek – zakładając, że już się to komuś uda – poza granicą kraju też nie jest bezpieczny. A jak już raz uciekłeś, to Ty sam nie masz powrotu, a Twoja rodzina nie ma życia… Dosłownie.

Książkę polecam. Zdecydowanie.

Zostaw komentarz więcej...

flight’s memory

przez , 13.paź.2017, w O hobby na blogu

Wspomnienia.

Fajna rzecz. Uruchamiają się w najmniej spodziewanym momencie, miło łechtając obie półkule mózgu…

Pod koniec tygodnia, podczas pakowania auta w trasę, kolega zagadnął odnośnie lecącej w zasięgu wzroku przelotówki. Kolega nie interesuje się lotnictwem. Chciał po prostu wiedzieć, gdzie znajduje się samolot, który widać. W udzieleniu odpowiedzi przyszedł mi z pomocą telefon, z aplikacją „Flightradar24″. Aplikacja wzbudziła zainteresowanie u kolegi, kolega sprawdził ją w domu. Spotkaliśmy się na rampie po południu, podczas rozładunku. Temat przelotówek wrócił.
Pomijając szczegóły rozmowy, a przechodząc od razu do meritum, kolega był zaskoczony, że gdy zobaczył samolot i sprawdził, co leci, okazało się, że widzi Koreańskiego Boeinga w locie z Seulu do Wiednia.

I wspomnienia wróciły…
Pamiętam, jak zaskoczony byłem, że samoloty, które latają po moim kawałku nieba, to nie są tylko nasze Polskie, LOTowskie maszyny. Do dzisiaj, jak sobie pomyślę, zastanawiam się, skąd w ogóle w człowieku było takie przeświadczenie jakieś głupie, że jak człowiek mieszka w Polsce, to widzi wokół tylko Polskie samoloty. Przecież to zaprzecza w ogóle idei połączeń lotniczych, samolotem podróżuje się zwykle z kraju do kraju, a nie w jego obrębie. Choć faktycznie wtedy, przy moich początkach, ruch „obcych” przewoźników był niewielki, zdecydowanie mniejszy niż ma to miejsce dzisiaj, więc znakomita większość widzianych samolotów należała (pewnie) do rodzimego przewoźnika.
Niemniej jednak pamiętam moment, kiedy nad moją głową zobaczyłem Boeinga 747 Japan Airlines. Charakterystyczny czerwony ogon. Wiedziałem, że czerwony ogon mają boeingi JALu, ale gdy zobaczyłem czerwony ogon nad głową… Zgłupiałem. „Japan Airlines?! Tutaj?! Niee… Coś jeszcze musi mieć czerwony ogon, japoński by tu nie zabłądził…”. Nic bardziej mylnego, JAL latał nade mną regularnie do Rzymu i Mediolanu, trzy razy w tygodniu, czy nawet cztery… dawno to było, nie pamiętam już… Ale do takiej wiedzy dochodziłem długo… Tak czy inaczej, wracając jeszcze na chwilę do „zaskoczenia”, ten czerwony ogon „zbłądzonego Japończyka” spowodował, że myślenie moje na temat tego, co mógłbym widzieć, co mógłbym zobaczyć, co mogłoby mi przelatywać nad głową bardzo się zmieniło. No bo tak: to co widziałem, to nie był samolot LOTu. LOT nie miał wówczas Boeingów 747. Jeśli to w takim razie JAL, to nad moim podwórkiem biegnie droga lotnicza tak niewiarygodnie międzynarodowa, że strach pomyśleć, co ja tu jeszcze mogę zobaczyć… A jeśli to nie był ani LOT, ani JAL, to co to było, skąd leciało i dlaczego tędy… Milion zagadek… coś pięknego…

Pamiętam, że był taki okres, że co chwilę coś mnie w lotnictwie zaskakiwało…
A to zielony Boeing 747 Jade Cargo, a to -trochę pózniej, jeśli chcieć ulokować to na osi czasu – A380 Malaysia, który – jestem o tym przekonany – wiedział, że stoję i na niego czekam, więc lecąc znad Ukrainy w kierunku Lublina, nad Lublinem odbił w kierunku Kielc, by nad Jędrzejowem odbić w kierunku Łodzi, czy na przykład Mrija (aaachhhhh…), zupełnie niespodziewanie… Nad głową… Patrzę przez lornetkę i nie wierzę… 6 silników…

A dziś…?
A dziś jest dziś. Samoloty, ogółem lotnictwo, a przynajmniej ta część, w której ja „siedzę” nadal zaskakuje, choć… jest to zupełnie inna forma zaskoczenia. Dziś zaskakuje „powtórka z rozrywki”, która wywołuje „lawinę wspomnień”. Na przykład:mniej wiecej miesiąc temu, A320 Red Wings. Pyk i jest lawina: Red Wings – stare dobre czasy, trochę nade mną polatał, potem na dłuugo dłuuugo przestał. Przestał, bo popadł w tarapaty po rozbiciu się w Moskwie podczas lądowania. Samolot który się rozbił widziałem na własne oczy, w jego ostatnim rejsie. Pamiętam ten widok. Pamiętam jaka była pogoda, skąd go widziałem… Pamietam, że dwie godziny po tym, jak go widziałem, dowiedziałem się, że sie rozbił, że załoga zginęła… Dziś znów widzę Red Wings, wrócili, latają…

Albo: wieczór, letni wieczór. Parno. Pomarańczowe niebo. Słońce zaszło…
Pomarańczowe niebo… Pyk: Lat temu jakieś 4-5-6-7… Stała miejscówka na górce, lornetka, notes, długopis, potem też aparat. Jeśli lato, to okolice godziny 3:30-4:00, kiedy słońce jeszcze poniżej linii horyzontu. Kierunek wschód, bo tam zaczynał się nalot. 3:40 – KLM, potem koło 4:00 A380 Thai, a potem to juz na „hura” wszystko z dalekiego wschodu i okolic Azji, do Londynu, Amsterdamu, Brukseli… KLM, British Airways, Jet Airways, Global Supply Systems… Co by nie leciało, hitem były smugi. Pomarańczowe warkoczyki, cieńsze, dłuższe, chudsze, grubsze… Pomarańczowe, soczyście pomarańczowe, widoczne jeszcze nad terenem Ukrainy, jakieś 60-70 km przed granicą z Polską… A Jeśli zima, to godzina 14:30-16:00, kierunek południowy zachód. To tam, „zza górki” wylatywały „grubaski” – Boeingi 747 Lufthansy, A380 Singapore, czy „triple seven” Vietnam Airlines… Oświetlone zachodzącym słońcem… Zachód, zimne powietrze, niepowtarzalna nigdy w lecie przejrzystość, do tego widok którego doświadczyłem kilkukrotnie – dwa Boeingi 747 Lufthansy na raz, jeden pod drugim, ze smugami na 30 km… Ileż razy ja żałowałem, że nie miałem wtedy aparatu…

Smugi… To można na osobny temat w ogóle kiedyś…

Dzis, kiedy aparat mam, nie ma już takich widoków…
Dziś, tu i teraz, choć forma wspomnień i zaskoczeń uległa zmianie, cieszy mnie fakt, że samoloty to w tej kwestii taka studnia bez dna. Mija 16 lat, jak zaczałęm gapić się w niebo. Nie znudziło mnie to, za każdym razem kiedy zadzieram łeb, żeby zobaczyć po raz 1969 A320 Aerofłotu, patrzę, jakbym go widział pierwszy raz, bo nigdy nie wiem, czy tym razem Aerofłot nie zaskoczy mnie czymś, czego nigdy w zyciu jeszcze nie widziałem. Albo przypomni coś, co mnie zaskoczyło kiedy na niego patrzyłem, czekałem, obserwowałem jakieś 5, albo 10, albo 12 lat temu…
Dziś, tu i teraz, choć forma wspomnień i zaskoczeń uległa zmianie tak samo jak sposób, czas i miejsce, w których obserwuję, na twardym dysku głowy utrwalają się kolejne sytuacje, kolejne widoki, które dziś zaskakują, a za kolejnych 10-15 lat będą na porządku dziennym, tak jak dziś na porządku dziennym są sytuacje sprzed lat…

Przynajmniej będzie o czym pisać… ;)

1 komentarz więcej...

Zza bocznej szyby /1/

przez , 24.wrz.2017, w Na każdy temat

Dzień dobry Państwom.
Postanowiłem sobie, że raz na jakiś czas, powiedzmy – średnio – raz na miesiąc, góra dwa, w porywach siedem, pojawi się tu wpis przedstawiający rzeczy dziwne, niecodzienne, ciekawe (mniej lub bardziej) które zauważyłem, których doświadczyłem i w których wziąłem udział podczas kręcenia kilometrów w pracy.

W dalszym zamyśle powstanie być może seria takich wpisów zatytułowanych „zza bocznej szyby”, bo najwięcej rzeczy dziwnych dzieje się zwykle obok, a nie przed.
Bo coś dziwnego dzieje się raz na jakiś czas kiedy jadę, a wspomnieć o tym warto, bo właściwie czemu nie?…

I tak na przykład pierwszy wpis z serii, z trzema sytuacjami z ostatnich dwóch miesięcy.
Pierwsza.
Powrót z Krakowa. Tokarnia, droga pseudo-ekspresowa S7. Jadę, dojeżdżam do skrzyżowania, do drogi którą jadę dobiega inna, lokalna, z prawej strony. Droga ma rozrysowane pasy do odpowiednich kierunków jazdy, konkretnie pas prawy do jazdy w prawo i na wprost, i pas lewy, do jazdy w lewo. I oto co stoi na lewoskręcie, przed linią zatrzymania, próbując się włączyć do ruchu? Kobieta z wózkiem.
Spacerówka, w środku dziecko, kobieta w płaszczu „za kierownicą”, na samym środku lewoskrętu. Stoi i się rozgląda. Ewidentnie chce się włączyć do ruchu…
Nie wiem, co ona tam z tym dzieckiem robiła, nie mam pojęcia. Nie wiem też, czemu nie poszła normalnie, chodnikiem. Bo chodnik był. Nie wiem też, czemu nie sygnalizowała, że skręca w lewo, skoro już stanęła na środku drogi, choć domyślam się, że może dlatego, że ten model spacerówki nie był wyposażony w kierunkowskazy… Dobrze, że chociaż dziecko miało pasy zapięte…
Druga.
Ciekawa rzecz, pierwszy raz się z tym spotkałem. Droga do Krakowa, jakieś 40 km do celu. Karetka na sygnale, mam CB więc wiem o niej duzo wcześniej, niż zobaczę ją na żywo. CB właśnie tu ma swój plus – „Mobile, karetka na bombach na Kraków, zróbcie miejsce, uważajcie”. I każdy wie, co ma robić, jak zobaczy niebieskie kolory w lusterkach. Tym razem też tak było. Co chwilę „Mobile, karetka na Kraków, przejazd proszę”. Tyle, że tym razem „mówiła” sama karetka. Konkretnie sanitariusz. Sami sobie robili drogę, nawoływali gdy tylko zbliżali się do kolumny aut. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką sytuacją, żeby karetka na sygnale sama zadbała sobie o płynny przejazd, zwykle robią to kierowcy aut, którzy zobaczą że karetka jedzie i którym chce się w tej sprawie w ogóle odezwać. Niespotykana rzecz, a jak najbardziej osobiście popieram takie zachowanie.
Trzecia.
Kielce, Warszawska, parking pod sklepem, będący jednocześnie parkingiem dla mieszkańców bloku. Stoję na przejeździe, czekam, nie pamiętam już na co. Podchodzi do mnie jakiś gość.
-Zawodowy kierowca?
-yyy… no… zawodowy, a co się stało?…
-16 lat za kółkiem, Darek jestem. Kiedy zwalniamy, wyprzedzając kolumnę?
Kurde. Patrzę na niego moim upośledzonym wzrokiem. Podszedł obcy gość (no, w sumie to nie obcy, przecież się przedstawił), pali papierosa, czuć że lekko wypity jest, zadaje jedno pytanie, za chwilę drugie… Eeeee… O co chodzi? Kim Ty chłopie jesteś, po co żeś przylazł, czego żądasz…
-Kiedy zwalniamy WYPRZEDZAJĄC kolumnę? Kurde… Nigdy nie zwalniamy, jak wyprzedzamy. Jak jesteśmy wyprzedzani, to owszem, żeby ułatwić temu, co wyprzedza…
-Bzdura kolego, zastanów się jeszcze raz. Posłuchaj, skup się. Kiedy zwalniamy, wyprzedzając kolumnę?
Wieczór, pada, zimno. Przyszedł jakiś menel z zagadkami…
-No nie wiem…
-ZAWSZE, kolego, zawsze. Wyprzedzasz pielgrzymkę, zwalniasz. Wyprzedzasz kolumnę wojska, zwalniasz. Wyprzedzasz furmankę, zwalniasz, no nie tak? Zapamiętaj se – wyprzedzając kolumnę, zwalniasz zawsze, tylko nawet nie zwracasz na to uwagi. Miłego popołudnia, bezpiecznej jazdy, szerokiej drogi, kolego, trzymaj się, nara.”
I zabrał się i poszedł. Taka sytuacja…

1 komentarz więcej...

Co mnie irytuje. Na drogach.

przez , 03.sie.2017, w Na każdy temat

Jeżdżę. Dużo jeżdżę. Lubię jeździć. Kolekcjonuję kilometry. Ostatnio także nadprogramowe, z fotela pasażera. Niekoniecznie w pracy. A jeżeli już, to niekoniecznie swojej.

Kolekcjonuję kilometry, ziarnko do ziarnka. W różnych warunkach, o różnych porach, różnym tempem. 

Kolekcjonowanie kilometrów jest fajne. Z lekka męczące, ale satysfakcjonujące. Rym przypadkowy, ale jakby ktoś podłapał i stworzył z tego jakiś lokalny hip-hop, to można. Kolekcjonowanie kilometrów jest spoko, jednakże ostatnio doszedłem do wniosku, że rzeki asfaltu na których przychodzi mi to czynić, jak również użytkownicy tychże rzek, składają się razem wzięci na dość niebezpieczny obraz. Obraz ogólnie pojętej bezmyślności, bezradności, brawury, beznadzie… beznadzie… i (?)…ji (?!) (Panie prezydencie, help…), oraz – czasem niestety także – bólu (a tu już wiem, łaski bzz). I paru innych rzeczy na „by”.
Bo jak tak sobie jadę, to staram się za kółkiem myśleć. Przewidywać. Owszem – nie każdy umie. Ale większość (IMO) nie tyle nie umie, co w ogóle nie próbuje.
Natknąłem się kiedyś na filmik na YouTube w którym pewien człowiek wymienia kilka sytuacji, które najbardziej irytują go na drogach podczas jazdy. Przedstawię Ci tutaj ja,teraz, zaraz trzy sytuacje, które na drodze irytują mnie. Trzy… Pfff… TrzyDZIEŚCI powinienem, ale dobra… Bo będzie że narzekam…

Trzy. Takie perły w koronie polskiego drogownictwa. Trzy wisienki na torcie.

Trzy złote kajaki potoków polskich dróg…

Numer trzy na podium, sytuacja, która irytuje mnie prawie najbardziej, czyli ZATRZYMYWANIE SIĘ PRZED PRZEJŚCIEM DLA PIESZYCH. Żeby nie było – samo zatrzymanie to ok, to nie o to mi chodzi; sam zatrzymuje się PRAWIE zawsze gdy mam taką możliwość, oraz zawsze jak pada, bo pada zwykle pieszemu, mi nie. Natomiast PRAWIE zawsze zatrzymuję się gdy mam taką możliwość, czyli: jeśli pieszy przechodzi przez ulicę z prawej na lewą stronę a ja jadę prawym pasem, lub jeśli pieszy przechodzi z lewej strony na prawą i ja jadę pasem lewym. Brzmi to śmiesznie, w praktyce – tak jest najbezpieczniej dla pieszego, dla mnie i dla ruchu na sąsiednim pasie.

Ale zara zara zara! Jak to „Tak jest najbezpieczniej”?
A no tak to. Przykład: Dwa pasy w jednym kierunku, potok aut, 70km/h i pasy. Pieszy chce przejść z prawej na lewo i nagle ktoś na lewym pasie zatrzymuje się przed tym przejściem. Zatrzymany zostaje pas lewy, prawy jedzie, pieszy stał jak stoi. Dwa rozwiązania: Jeśli trafi się na prawym bystry kierowca, to prawy pas się zatrzyma i pieszy przejdzie LUB jesli pieszy jest nieogarnięty (a jest duże prawdopodobieństwo że taki właśnie nam się trafił, żyjemy w Polsce, heloł…), to wejdzie pod jadące prawym pasem samochody, bo „przecież mam prawo, bo tam sie pan zatrzymał”. Plus bonus: jak się trafi na lewym pasie jakiś nieogarnięty kierowca (który chwilę wcześniej był może nieogarniętym pieszym), to wjedzie w zadek temu, co się przed pasami zatrzymał. Dziękuję, dobranoc.
Nigdy nie zatrzymuję się przed przejściem jadąc lewym pasem, kiedy pieszy chce przejść z prawej na lewą stronę. Nigdy. To jest potrajanie ryzyka. Jadę lewym, zbliżam się do pasów, jeśli prawe auto się nie zatrzymało, ja też się nie zatrzymam. Z doświadczenia wiem, że to bardzo wprowadza wszystkich w błąd.

Irytuje mnie takie postępowanie. Co mi to da, czy co da temu komuś, kto się na tym lewym zatrzymał, że się zatrzymał, jak prawy pas jedzie dalej? Nikt nie spodziewa się, że jeśli pieszy stoi po prawej i prawy pas jest w ruchu, ktoś na lewym łaskawie się zatrzyma, bo i po co miałby to robić?. Bardziej czytelne, prawdopodobne, bezpieczniejsze i – powiedziałbym – oczekiwane jest odwrotne zachowanie. Pieszy stoi po prawej, zatrzymuje się prawy pas, lewy pas to widzi, też się zatrzymuje. Simple?
Niestety, ogólnie kajaki na rzekach asfaltu są ważniejsze niż pieszy chcący przejść z jednego brzegu na drugi, z którego by to brzegu nie było i w kierunku którego by się nie szło… Najczęściej i najbezpieczniej dla pieszego jest wtedy, jak karawana kajaków z jednej i drugiej strony umrze śmiercią naturalną, czyli jak pieszy wyczeka lukę. Wtedy prawdopodobieństwo, że z jednego brzegu na drugi dotrze cało i o własnych siłach wzrasta.

Chociaż sto procent gwarancji bezpieczeństwa dotarcia na drugi brzeg na polskich drogach nie występuje. Nigdzie. Nawet na drogach z zakazem ruchu…

Sytuacja numer dwa, Srebrny Kajak. Turyści.
Nie, nie obce rejestracje, chociaż czasami w pewnym sensie ma to związek z tym, co mam na myśli. Chodzi mi o swój indywidualny sposób jazdy, niedostosowany do czegokolwiek, czego wymaga się na drodze. Turyści dzielą się na dwie grupy, które dzielą się na kolejne dwie. Kurde, jak zwierzęta… Turyści dzielą sie więc ze względu na płeć na „tempomaty” czyli na kobiety, oraz na „alzhaimery”, czyli meżczyzn. Zasadniczo Turyści zawsze jadą swoim tempem, ze stałą prędkością, zależną tylko i wyłącznie od ich widzimisie. Kobiety jadą ze stałą prędkością jakby miały wbudowany tempomat. Bez przyśpieszania, bez hamowania, po prostu start i „70″ na każdej drodze, w każdych warunkach, niezależnie od znaków „40″, „50″, „90″ albo „120″. Siedem dych równo i już. Widzimisie kobiety jest związane z lękiem i fałszywym przekonaniem, że „70 to jest tak optymalnie, w sam raz, nie za dużo, nie za mało; więcej niż 50, ale nie za dużo więcej, więc mandat w zabudowanym będzie niski, punktów mało, czyli ogólnie ok, a też jednocześnie właściwie nie przekraczam stówy, czyli prawka nie zabiorą. W zabudowanym jadę szybciej, ale do pirata drogowego mi daleko, poza zabudowanym mam 70, czyli jadę przepisowo, a na ekspresówce czy autostradzie to i tak są dwa pasy, to mnie można spokojnie minąć. Żyć nie umierać. 70 jest ok…
Faceci natomiast, ich widzimisie, to jest ciągłe poszukiwanie. Sklepu, szkoły, miejsca pracy, zamieszkania… „Dobra, no nic, że ograniczenie do 50, pojadę 40, bo za chwilę, już tutaj zaraz, skręcam do domu. Aaa, nie, no jeszcze nie tutaj, tam trochę dalej, za zakrętem w prawo. A, a tu jeszcze wczesniej jeden w lewo jest. No ale za nim jest już ten w prawo i tam zaraz mieszkam. No, jest, to jeszcze tylko 300 metrów prosto i już zjeżdżam. O, już dom widać, a to jeszcze do sklepu skoczę, dwa kilometry dalej, to się nie będę rozpędzał nawet…”

Albo

a z resztą…
Ludzie, są znaki, widać jakie są warunki na drogach. Pytam: jeśli wyjeżdżamy zza zakrętu a tam znak „90″ i Tir jadący przed nami rozpędza się do tych 90, za nim osobowy rozpędza się do 90 jak tir, i ja jadąc też chętnie pojadę 90 jak dwaj przede mną, bo warunki dobre i znak pozwala, to zawsze BEZPOŚREDNIO przed maską moją znajduje się ktoś kto stwierdza, że „aaa, a ja se pojade 60, a co…” i jedzie te sześćdziesiąt… Pytam się Ciebie z tego auta przede mną: co Tobą kieruje, że nie jedziesz tak jak reszta? Czemu nie tyle ile znak pozwala? I czemu akurat 60, a nie 70, 80, albo 100, czy 110?
A ile razy zdarza się tak, że przy ograniczeniu do 70 wszyscy lecą 100-110, bo jest taka możliwość, a ktoś się znajdzie, kto jedzie 90. I ani nie jedzie przepisowo, ani nie jedzie w rezerwie, w tzw „plus 10″, a jednocześnie jedzie wolniej niż reszta…
Kurde, ok, nie czujesz się na siłach, żeby jechać szybko, bo moze te „90″ dozwolone znakiem to dla Ciebie za szybko, zbyt strasznie… Czemu zatem skoro jedziesz wolniej, nie umożliwisz wyprzedzenia siebie, tylko jedziesz jak „TURYSTA”…?
ha, a nie daj Boże jak taki Turysta ma jeszcze syndrom „Bi Em Dabliju”, i nie włącza kierunkowskaza podczas zjazdu, czy wykonywania jakiegokolwiek manewru…
A na dodatek przed chwilą dopiero wsiadł do auta, czyli chwilę temu skończył być nieogarniętym pieszym…

Złoty Kajak. Pierwsze miejsce.
Ja to nazywam ” Zero Dziewięć Turbo Diesel”.
Dwa poprzednie miejsca denerwują, ale nie tak bardzo jak numer jeden. No bo jak sie nie denerwować, jak zachować spokój, kiedy jadę sobie prosta drogą, mam na liczniku 100-110 km, przede mną nikogo na drodze, za mną nikogo na drodze i nagle, niespodziewanie, ni stąd ni z owąd pojawia się auto. Auto, które niczym przyczajony tygrys zamierza włączyć się do ruchu, bo akurat wyjeżdża z posesji, albo bocznej drogi, albo skąkolwiek.
I teraz tak: przede mną pusto, za mną pusto, jadę sam. I to auto postanawia włączyć sie do ruchu. Przede mną, a jakże! Bo zdąży. No zdąży, ale przecież za mną nie ma nikogo, za mną też zdąży! A gdzie tam, musi być przede mnie. Więć jedynka, i z piskiem opon wio!
Zdążyło przede mnie. Wyjechało. To nic, że hamowałem do 60, żeby jeszcze bardziej nie przyśpieszyć mu startu. To nic, że 10 km jadę spokojnie 100-110 i nic mi nie przeszkadza, aż do teraz… „A wystarczy Ci, 10 km tak szybko, wpier*ole się przed Ciebie, żeby Ci nudno nie było, bo może zapomniałeś że masz hamulec…”.
No na szczęście pamiętam…
I taki wyjeżdża i zwalnia człowieka. Start z piskiem, paliwa poszło, wir w zbiorniku taki, ze jakby się nachylić, to może by nawet łeb ukręciło, więc teraz spokojnie, 50 to max, po co się śpieszyć, bilans w zbiorniku musi wyjść na zero, to teraz do domu spokojnie, niedaleko, nie ma się co rozpędzać.
Właśnie. Niedaleko. 100 metrów, czasem 200 metrów i co? Skręca w lewo… Zwalnia po raz drugi. Czasem do zera, bo z przeciwnego kierunku coś akurat jedzie…
Aaaaaj, Boże, ileż to razy spotykam się z taką sytuacją. Ja znowu rozumiem. Każdemu się śpieszy, każdy chce być wszedzie szybko. Tobie się śpieszy, mi się śpieszy. Bo praca, bo obiad stygnie, bo dzieci w przedszkolu stygną, bo żona/mąż/kochanek czeka, bo zakupy trzeba zrobić a promocja w lidlu kończy się o 19:00… Ale kurde, rusz głową trochę. Wyjeżdżasz skądkolwiek, włączasz się do ruchu, widzisz jedno auto które leci z prędkością, za nim pusto, zaczekaj. Nie wybijesz go z rytmu, a 10 sekund czekania dłuzej nie ma wpływu na nic. Ty zdążysz się włączyć, on nie będzie musiał znów się rozpędzać, plus dla Ciebie, plus dla niego i plus dla środowiska.
I pół biedy powiem Ci, jak osobówka wyjedzie pod osobówkę, czy pod busa. Gorzej, jak taki manewr zrobi przed TIRem, autobusem czy czymkolwiek większym i cięższym, co stosunkowo trudniej zatrzymać, czy chociażby dostatecznie wyhamować. A niestety i takie zdarzenia widziałem…
Gwoli wyjaśnienia, skad „Zero dziewięć turbo diesel”: Bo start żeby się włączyć tak dynamiczny, że asfalt się ściąga, ale prędkość na trasie jak taczka z workiem cementu… w wodzie… bez koła… do góry nogami…
Właściwie powinienem ich nazywać „ruskimi myśliwcami”, znaczy szybki na starcie, wolny na przelotowej…

Nie wiem, skąd się biorą te wszystkie sytuacje. Ludzka głupota, może nieświadomość, a może zmęczenie, zbyt duża pewność siebie, a może wszystko po trochu w każdym przypadku. Pracując jako kierowca ponad dwa lata w jednej firmie, gdzie tak na prawdę dopiero tu miałem i nadal mam do czynienia z jazdą na dalsze dystanse niż „własne podwórko” da sie zauważyć, że jazda po kraju przypomina tor przeszkód, na którym żeby bezpiecznie dotrzeć do celu trzeba być na serio skupionym na jeździe, a na dodatek myśleć nie tylko za siebie, ale też za przynajmniej tych w najbliższej odległości od swojego auta.
Poza tym to tylko niektóre sytuacje, powiedzmy – takie trzy, które na hasło „co Cię najbardziej denerwuje na drogach” od razu przychodzą mi do głowy. Ale jest przecież mnóstwo innych, począwszy od nieużywania kierunkowskazów podczas zmiany toru jazdy, czy też mylenia kierunku skrętu w stosunku do wrzuconego kierunkowskazu (!), po sytuację odwrotną do tej z podium: to znaczy kiedy ja chcę się włączyć do ruchu i czekam aż nadjeżdżające auto przejedzie, kiedy ono 5 metrów przede mną sygnalizuje, że będzie skręcać w drogę z której ja wyjeżdżam (!!). To po co ja stoję i czekam na auto, które nie przecina mojego toru jazdy? Nie można wcześniej zasygnalizować zamiar skrętu? Można, tylko po co. Stój se, jak stoisz…
O ile łatwiej, bezpieczniej, szybciej i ekonomiczniej jezdziłoby się po drogach, gdyby używać głowy w takich prostych sytuacjach…

PS. Sytuacja z ostatnich dwóch tygodni.
Od jakiegoś czasu podrużuję sobie w towarzystwie radia CB. To ułatwia, ale też pozwala ułatwiać jazdę innym.
Jadę, dwa pasy, za 400 metrów zwężka do jednego. Korek na pasie który „trwa dalej” – jakieś trochę ponad pół kilometra, więc myk na lewy, i do końca, dopóki ten się nie skończy. Dojeżdżam prawie do końca i oto z prawego pasa wyjeżdża przede mnie na lewy pas, który kończy się dosłownie za 40 metrów niebieskie audi, zatrzymuje się i stoi. Dojeżdżam do niego i czekam. Prawy pas stoi, lewy też stoi, bo audi przede mną go blokuje.
Mówię do niego: Szeryfie z niebieskiego audi, albo uciekaj na prawy, albo jedz do końca i tam czekaj, bo blokujesz lewy pas.
W odpowiedzi słyszę: Spokojnie, ja odstałem swoje w tym korku, to Ty też możesz trochę poczekać.
Bez komentarza to zostawię…
On wyjechał z prawego pasa, stojąc w nim jakieś – tak myślę – 20 minut tylko po to, żebym nie wjechał przed niego na końcu zwężki…
Pozdrawiam tego pana z niebieskiego Audi A4 kombi na Warszawskich blachach. Moja zemsta była słodka, podróż się panu nieco wydłużyła, ale mam nadzieję że urlop się udał…

1 komentarz więcej...

Wpis zawiera lokowanie produktu: zło nie rzuca się w oczy…

przez , 28.maj.2017, w Na każdy temat

„Torturowana” – Jane Elliott

Dzień przed wyjazdem na jedną z takich wypraw do babci ja i Richard siedzieliśmy razem w kuchni. Mama poszła z Lesem do sąsiadki (…) a reszta chłopców oglądała telewizję w salonie. Richard zaczął mi opowiadać, co będziemy robić po drodze i u babci. Zupełnie jakby sądził, że ta perspektywa będzie mnie cieszyć i podniecać tak jak jego. Byłam coraz bardziej wściekła a w głowie grała mi piosenka z serialu Grange Hill pt. „Po prostu powiedz nie”. Słowa tego kawałka tkwiły we mnie od lat i z jakiegoś powodu, kiedy Richard spytał mnie, czy chcę robić te wszystkie rzeczy, odpowiedziałam:
-Nie.
Natychmiast zrozumiałam, że popełniłam ogromny błąd. Przycisnął czoło do mojego, wpatrując we mnie wściekle. Czułam jego oddech na twarzy.
- Co?
Nie wiem dlaczego, ale znów odpowiedziałam: „Nie”. Jakby coś podpowiadało mi, żeby mu się sprzeciwić.
Jego pięść pojawiła się znikąd, moja głowa uderzyła w kafelki ściany od tyłu. Rozpłakałam się i próbowałam przeprosić, ale mój bunt rozwścieczył go tak bardzo, że nie był już w stanie się uspokoić. Ogarnięty nieprzytomną furią, tłukł mnie pięściami raz po raz, a potem chwycił za włosy, odciągnął od ściany i jednym potężnym kopniakiem wyrzucił na korytarz i dalej, przez otwarte drzwi salonu, gdzie siedzieli moi bracia. Kiedy wylądowałam na podłodze dopadł mnie i kopał dalej, wrzeszcząc, że jestem niegrzeczną pizdą. Bracia krzyczeli na niego z kanapy, żeby przestał, przerażeni, że mnie zabije, ale żaden nie odważył się ruszyć z pomocą. Dobrze wiedzieli, że jego furia obróciłaby się przeciwko nim, gdyby spróbowali się wtrącić.
Usłyszeliśmy klucz mamy w zamku.
- Wstawaj i ogarnij się – rozkazał Richard.
Wstałam i próbowałam doprowadzić się do porządku, a on wrzeszczał na chłopców, żeby się zamknęli. Na nieskazitelnej czerwonej wykładzinie widać było kępki moich włosów, twarz miałam spuchniętą od bicia. Kiedy mama weszła, wyprostowałam się. Chłopcy milczeli, bladzi i roztrzęsieni.
Mama musiała słyszeć krzyki od sąsiadki i spod drzwi, ale tak samo jak chłopcy bała się, że Richard zwróci się przeciwko niej.
- Co ci jest? – spytała mnie, jakby lekko zirytowana, że znowu mam jakiś problem.
- Coś mi wpadło do oka – odpowiedziałam. Często używałam tego kłamstwa, by wyjaśnić, dlaczego mam załzawione oczy.
Mama jak zawsze przyjęła moje tłumaczenie, nie pytała o nic więcej.”
Zaskakujące, jak wiele zła może doświadczyć człowiek z rąk drugiego człowieka w domowym zaciszu, rodzinnym gronie, wśród najbliższych…
Jane ma cztery lata. Ojczym – osiemnaście. On nienawidzi jej od samego początku, bez powodu. I od samego początku zamienia jej życie w koszmar (choć uważam, że takie słowa jak „koszmar” czy „piekło” nawet w połowie nie odzwierciedlają tego, czego ta dziewczyna doświadczała przez blisko dwie dekady życia). Bita, wykorzystywana seksualnie, upokarzana słownie, pozbawiona własnego życia, zmuszana do nieludzkich zachowań – wszystko pod groźbą kar psychicznych i cielesnych…
Nieprawdopodobna historia. A ile takich, podobnych mniej lub bardziej historii dzieje się w naszym otoczeniu? O ilu takich podobnych mniej lub bardziej historii wiemy, albo wiemy o kimś, kto wie, a nic z tym nie robimy, bo lepiej jest milczeć, niż ingerować?
Niesamowite: jeden człowiek znęca się nad innym człowiekiem. W tym przypadku ojczym znęca się nad córką. Matka o tym wie. Nie reaguje. Sąsiedzi o tym wiedzą. Nie reagują. Policja wie – nie reaguje. Wszyscy boją się konsekwencji. Mało tego, rodzina ojczyma trzyma jego stronę – dzieci muszą się przecież słuchać dorosłych…
Książka wciąga. Polecam każdemu, aczkolwiek zaznaczam, że niektóre momenty, opisy, relacje są przedstawione w taki sposób, że powinny zostać przeznaczone raczej dla dorosłych czytelników…

1 komentarz więcej...

wpis zawiera lokowanie produktu: o Smoleńsku raz jeszcze…

przez , 26.mar.2017, w Na każdy temat

„Edmund Klich. Moja czarna skrzynka” – Michał Krzymowski.

„-Jest pan w stanie oszacować, jaki procent odpowiedzialności za Smoleńsk leży po polskiej stronie, a jaki – po rosyjskiej?
-70-80 proc. winy polskiej i 20-30 proc. – rosyjskiej. Po naszej stronie oczywiście jest tego więcej, bo siłą rzeczy u nas wyszło więcej zaniedbań systemowych. Nigdy nie zgodzę się z tym, że za Smoleńsk winę ponoszą piloci. Oni są tylko bramkarzami błędów całego systemu, wyłapują to, co zawalili inni. Jeśli działali źle, to dlatego, że byli nieodpowiednio wyszkoleni, mieli za mało wylatanych godzin, nie ćwiczyli na symulatorach, nie byli przygotowani do współpracy w załodze, specpułk i Dowództwo Sił Powietrznych nie zapewniło im odpowiednich procedur.”

Kojarzysz piosenkę z reklamy radiowej i telewizyjnej, w wykonaniu Eweliny Lisowskiej, o włączaniu niskich cen? Na pewno kojarzysz, bo na wymioty zbiera, jak się ją po raz n-ty słyszy. Przynajmniej mnie.

Tak samo na wymioty mnie zbiera, jak słyszę o Smoleńsku…

Mijają już 84 miesiecznicę od katastrofy, a wraku jak nie było, tak nie ma, tak jak i nie ma trotylu na skrzydłach, pancernej brzozy, zamachu, sensownej akcji w Modzie na Sukces i pestek w bananach. Nie ma i nie będzie.

Mimo to przeczytałem kolejną książkę na ten temat, śmiem twierdzić że najbardziej obiektywną, bezstronną i taką „prawdziwą”. Co ciekawe – wśród tylu opracowań poświęconych tragedii sprzed 7 lat, każde z nich jest zupełnie inne, mam wrażenie że pisane pod kątem poglądów politycznych ich autorów. Jak ktoś lubi „tych”, to napisze w taki sposób, a jak lubi „tamtych”, to napisze w inny sposób, odpowiednio manipulując posiadaną wiedzą, lub jej brakiem. Taka papierkowa wojna polityczna…

Wywiad z Panem Klichem uświadomił mi dwie rzeczy;
po pierwsze: jak wielki bałagan panował w tym kraju po Katastrofie, jak bardzo brakowało organizacji w takich zwykłych, prostych, a jakże niezbędnych sprawach, jak tłumacz technicznego języka rosyjskiego tam na miejscu, w pierwszych godzinach i dniach po tym wydarzeniu, oraz
po drugie: że ten bałagan trwa do dzisiaj, że nigdy nie zostanie posprzątany i – co ciekawe – wcale nie dlatego, że komuś to „jest na rękę”, tylko dlatego, że nie ma „odkurzacza”, który sprzątnąłby nawarstwiający się od samego początku po dziś dzień syf.

 

W 1977 roku na Teneryfie zderzyły się ze sobą dwa Boeingi 747. Zginęło grubo ponad 500 osób. Jeden z samolotów spłonął doszczętnie. Mimo tego śledztwo, które wskazało mnóstwo nieprawidłowości, które skumulowane doprowadziły do zdarzenia, trwało półtora roku.
Dwa największe samoloty na świecie.
Dwa nowe samoloty, raptem 8 lat na rynku.
Lata siedemdziesiąte.
Bez komisji sejmowych.
Dało się?

1 komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.